Forum www.teatrmuzycznywgdyni.fora.pl Strona Główna
Zaloguj Rejestracja Profil Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości FAQ Szukaj Użytkownicy Grupy
We Will Rock You

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum www.teatrmuzycznywgdyni.fora.pl Strona Główna -> Musicale
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Kuncyfuna
Admin (KMTM)


Dołączył: 08 Mar 2008
Posty: 6841
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: ...z prowincji.

PostWysłany: Wto 18:50, 24 Maj 2011    Temat postu: We Will Rock You

...czyli dość oryginalny musical z muzyką Queen, którego fabuła nie jest specjalnie skomplikowana. Rzecz dzieje się w przyszłości na Planecie Mall, gdzie wszyscy oglądają te same filmy, słuchają tej samej muzyki i mają takie same przekonania. Ponadto rock nie jest tam znany, a instrumenty muzyczne są zakazane. Główny bohater - Galileo - wybija się z tego tłumu i jak nie trudno zgadnąć - razem ze Scaramouche (dziewczyną, która również nie pasuje do otaczającego ich świata) - dokonuje rewolucji.

Spektakl miał swoją premierę w 2002, a w głównej obsadzie znalazła się m.in Kerry Ellis (w roli Meat). W Zurychu i Wiedniu główne role zagrali Serkan Kaya i Jessica Kessler, a w holenderskiej wersji wystąpiła Pia Douwes.

Mówi się już o filmowej wersji musicalu. Podobno w tym roku mają już zacząć kręcić.

OLC - CAŁY SPEKTAKL w baardzo dobrej jakości (z kilku kamer).
Krótki dokument o spektaklu
"Bohemian Rhapsody" / "We are the champions" - obsada holenderska
"Who wants to live forever" - Jessica Kessler, Serkan Kaya
"Another one bites the dust" / "We will rock you" / "We are the champions" w wyk. niemieckiej obsady
"Radio GaGa" / "Somebody to love" - niemiecka obsada
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Kuncyfuna
Admin (KMTM)


Dołączył: 08 Mar 2008
Posty: 6841
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: ...z prowincji.

PostWysłany: Wto 12:53, 02 Sie 2011    Temat postu:

Następny przystanek: We Will Rock You. Tym razem znowu byłam w teatrze z Samhain i z racji tego że szłyśmy na środowe matinèe, udało nam się załapać na Day Seats, czyli resztki biletów w cenie 30£. Z miejscami nr 20 i 21 w rzędzie R na parterze poszłyśmy na widownię, spodziewając się dość odległych siedzonek, a okazało się, że właściwie mamy miejsca idealne… Szczególnie jeśli chodzi o ten spektakl. Nie dość, że idealnie na środku, to jeszcze w takiej odległości, że świetnie było widać efekty, światła i wszystkie bajerki, a przy tym było też widać twarze aktorów. Poza tym przed nami i generalnie w naszej okolicy siedziały dzieci, co też nie było bez znaczenia (przynajmniej jeśli chodzi o widoczność; odwracanie się, gadanie i kopanie w krzesło to inna bajka Smile).

Będą opisy tego, co się dzieje i możliwe inne mini spoilery… przed dużymi będę ostrzegać.

27 lipca 2011, godz. 14:30 – Dominion Theatre

Galileo – Ross Hunter (u/s)
Scaramouche – Sabrina Aloueche
Killer Queen – Brenda Edwards
Khashoggi – Alex Bourne
Brit – Ian Carlyle
Meat – Rachel John
Pop – Kevin Kennedy

Spektakl zaczął się naprawdę imponująco. Na ekranie powoli pokazywały się daty (od tych prawdziwych, do wymyślonych dat z przyszłości) z kolejnymi wydarzeniami (typu „wydanie przez Beatlesów pierwszej płyty”, „instrumenty muzyczne zostają zakazane”) i po tym widzowie doświadczyli genialnej gry świateł, która w połączeniu ze śpiewającym Freddiem puszczonym z taśmy („Innuendo”), robiła naprawdę ogromne wrażenie. I może przez to, że początek tak zapierał dech w piersiach, późniejsze światła już aż tak nie zachwycały, chociaż oczywiście były dopracowane, tyle że nieco skromniejsze (a jak wiadomo, publiczność chciałaby czegoś jeszcze lepszego od prologu). Nie znaczy to, że światła w spektaklu były słabe. Wręcz przeciwnie, były genialnie wyreżyserowane, szczególnie w momentach bardziej koncertowych. Generalnie często oświetlenie (jak i cała sztuka) przypominały raczej koncert, niż teatr. Wielokrotnie reflektory były kierowane na widownię, szczególnie w tych utworach w których widownia zaczynała się angażować.

Po tym wstępie widzimy tłum tak samo tańczących i prawie-tak-samo ubranych ludzi („Radio Ga-Ga”), czyli pokolenie GaGa, i tym samym dowiadujemy się, że w ówczesnym świecie wszyscy ubierają się i wyglądają tak samo, robią te same rzeczy, słuchają tej samej (generowanej tylko przez komputery) muzyki i generalnie jakiekolwiek odstępstwa są zakazane. Chciałabym tutaj się na moment zatrzymać z fabułą i zwrócić uwagę na choreografię w tym utworze. Wszyscy ruszali się jak roboty, co przy kilkunastu osobach robiło spore wrażenie. Szczególnie machanie biodrami przy samym refrenie. Fajnie to wyglądało, no. A wracając do wątku… Po chwili dowiadujemy się, że są osoby, które nie chcą się dostosować do reszty („I Want to Break Free"): Galileo – chłopak, który słyszy w swojej głowie fragmenty tekstów starych piosenek (generalnie słyszy wszystko, od Beatlesów, przez Queen aż do Eminema i Britney Spears) i Scaramouche – nieokreślona dziewczyna, która w zasadzie na początku nawet nie ma imienia. Jak nietrudno się zorientować, między główną dwójką zaczyna wytwarzać się chemia i razem ukrywają się przed służbami Killer Queen i Khashoggi’ego – negatywnymi bohaterami, którzy pilnują żeby nikt się nie wyłamywał od zakazów dotyczących muzyki i stylu życia. I którzy sami te zakazy ustalają. W trakcie ucieczki, Galileo i Scaramouche poznają Meat i Brit’a, i tym samym dowiadują się, że istnieje większa grupa ludzi, mieszkająca w bohemie, która próbuje dowiedzieć się jak najwięcej o zakazanej muzyce i odkrywa Rock’n’Rolla. Tyle, że aby rozwikłać całą tajemnicę dawnej muzyki i – co ważniejsze - ją przywrócić, potrzebuje przywódcy… którym oczywiście – dzięki swoim zdolnościom – okazuje się Galileo i później (po krótce), przy pomocy Popa odkrywa całą tajemnicę, w ścianie znajduje gitarę, zaczyna śpiewać „We Will Rock You”, potem „We Are The Champions” i generalnie nie wiem jaka miała być puenta, ale wszyscy są szczęśliwi, więc… xD I widzowie też są szczęśliwi, bo te dwa utwory najbardziej przypominają koncert i dają możliwość zjednoczenia się całej widowni, do której zachęcają aktorzy.

Generalnie, fabuła nie jest do końca dopracowana i daje się odczuć, że sporo wątków jest wrzuconych tylko po to, żeby można było jakoś w miarę sensownie wplątać w to piosenki. Część z nich jako tako pasuje do historii i coś do niej wnosi, a część jest totalnie od czapy, jak np. „Seven Seas of Rhye” w wykonaniu Killer Queen, którą śpiewa w otoczeniu skąpo ubranych pokojówek i w sumie nikt nie wie po co to śpiewa, ani tym bardziej co tam robią roznegliżowane pokojówki z różowymi, puchowymi miotełkami. To, co trzyma się kupy, to fakt że akcja dzieje się w nieokreślonej przyszłości, chodzi o odkrycie zakazanej muzyki i przywrócenie instrumentów muzycznych, oraz to że cała fabuła kręci się wokół „Bohemian Rhapsody”. Począwszy od imion głównych bohaterów, a kończąc na wyjętych z piosenki tekstach typu „Will you do the fandango?” (Galileo do Scaramouche), czy fakcie, że istnieje sobie bohema, która szuka swojego rapsodu. Co ciekawe, piosenka ani razu nie pojawia się w spektaklu, poza krótkim fragmentem kiedy Galileo słyszy ją w swojej głowie i śpiewa a’capella pół zwrotki, żeby udowodnić Brit’owi że nie jest szpiegiem. SPOILER Za to po końcowych oklaskach gaśnie światło i kiedy skonsternowani widzowie chcą już wychodzić (tzn nie chcą, ale teoretycznie powinni), na kurtynie pojawia się napis „Do you want ‘Bohemian Raphsody’?” i oczywiście spodziewając się, że widownia krzyknie „YEEEEES!” zespół wykonuje ten utwór. Fajny to pomysł, tym bardziej że pewnie wszyscy widzowie podczas spektaklu, czekają właśnie na tę piosenkę. Oczywiście Ci, którzy nie znają spoilera… ze spoilerem nie jest już tak fajnie xD …chociaż sama piosenka oczywiście boska! END Końcówka spektaklu moim zdaniem była trochę desperacką próbą jakiegokolwiek pozytywnego rozwiązania akcji tak, żeby można było w to wcisnąć „We Will Rock You” i „We Are the Champions”, bo przecież średnio by było, gdyby w spektaklu z piosenkami Queen nie znalazły się dwa największe przeboje…. W jakiś tam sposób da się tę końcówkę wytłumaczyć: Galileo „zrockował” ludzi, no i odnalazł gitarę, czym przywrócił dawną muzykę oraz instrumenty muzyczne i tym samym pokonał Killer Queen…? Wprawdzie nie za bardzo rozumiem, dlaczego Killer Queen nie uwięziła go z powrotem i normalnie się z nim uśmiechała i tuliła na oklaskach, ale nie wnikajmy… Smile Tak czy siak, nie oszukujmy się… ewidentnie widać, że w całości chodzi o muzykę a nie o fabułę.

Sporym plusem tego spektaklu jest masa fajnych tekstów i odniesień do piosenek oraz znanych wykonawców. Np. Khashoggi przesłuchujący Galileo, śmiertelnie poważnym i pełnym grozy tonem pyta go kim są Twinky-Winky, Dipsy, Lala i Po, oraz dlaczego mówią „HELLO!!”, lub „What does 'a-wop-bop-a-loo-bop, a-lop-bam-boo' mean?” czy też główny bohater żalący się, że słyszy w głowie masę bezsensownych zdań i pytań, typu „Who was the real Slimshady?”. Ponadto członkowie bohemy nazywają się imionami znanych muzyków (oczywiście nie mając pojęcia kim oni są) SPOILER) i tak np. Brit (jeden z głównych bohaterów płci męskiej) to tak naprawdę Britney Spears, a Meat (dziewczyna) pochodzi od Meat Loaf. W towarzystwie jest też Bob…Bob the Builder KONIEC. Generalnie twórcy dobrze stworzyli iluzję, że bohaterowie naprawdę nie wiedzą o czym mówią i ekscytują się czymś, o czym nie mają pojęcia (np. Pop z zapałem i podnieceniem rozprawiający o kasecie „waj-dej-joł”, czy członkowie bohemy, którzy wyjaśniają Galileo czym jest Rock’n’Roll:
-It’s sex! It’s style! It’s rebellion! It’s FREEDOM!
-…but what exactly is it?
-We dooooon’t knooow…).
Ogólnie, fajnie się wyłapuje jakieś pojedyncze linijki tekstów znanych piosenek, użytych w dziwnych kontekstach czy generalnie słucha różnych nieprawdziwych i absurdalnych wywodów o artystach. O tym, jak bardzo ten spektakl jest na czasie, świadczy np. fakt że przed „No-One But You”, kiedy członkowie bohemy ze czcią wymieniają i przypominają zmarłych muzyków, typu John Lennon i Freddie, na naszym spektaklu powiedzieli też o Amy Winehouse. Smutny akcent, ale w tych okolicznościach (wtedy minęły dopiero jakieś 4 dni od jej śmierci) jeszcze bardziej dawał do myślenia i ta scena stała się przez to jeszcze bardziej refleksyjna.

Pod względem wizualnym spektakl zdecydowanie pasuje do gatunku science-fiction. Scenografia składa się w zasadzie prawie wyłącznie z ekranów i ze starej, opuszczonej stacji metra, która jest siedzibą bohemy (miłym akcentem jest fakt, iż ta stacja to Tottenham Court Road – ta sama stacja, do której zejście mieści się ok. 10 metrów od wejścia do teatru w którym grają WWRY). W kilku scenach „spod ziemi” wyłania się tak jakby chodnik mający długość całej sceny, który podnosi się jakieś 2 metry nad sceną i na śrubie obraca szybując sobie nad głowami widowni siedzącej w kilku pierwszych rzędach (Killer Queen i Khashoggi śpiewają na tym parę piosenek). W zasadzie ciężko powiedzieć coś o scenografii samej w sobie. Czasami na scenie pojawia się samochód, motor, kilka kolumn czy bar, ale generalnie nie ma czegoś takiego jak stała scenografia, czy okazałe pomieszczenia. Animacje wyświetlane na ekranach, przypominają obraz z gier typu Lemmingi, czy z pierwotnej wersji Mario (zresztą w jednym utworze puszczone są oryginalne obrazy z wielu gier tego typu) i pojawiają się tam różne napisy oraz liczby przypominające system komputerowy. Nie powiem, żeby były bardzo imponujące i piękne, ale nie da się zaprzeczyć że pasują do klimatu i formy tego spektaklu.

Jak już mówiłam, ogólnie ten musical nie należy do najbardziej teatralnych, a sama końcówka to już po prostu zwykły koncert. I powiem szczerze, że – jeśli na chwilę zapomnieć o fabule – moim zdaniem pomysł ten (z „koncertowością” końcówki) jest bardzo trafiony, bo przynajmniej mamy do czynienia z czymś oryginalnym. A i atmosfera bardzo na tym zyskuje. Patrzenie na widownię wykonującą ruchy typowe dla „We Will Rock You” (KLASK, KLASK i ręce w górę... wiecie o co chodzi, nie? XD), czy machającą rękami przy „We Are The Champions” tak, jakby ludzie na koncercie trzymali w rękach zapalone zapalniczki, jest niesamowitym przeżyciem, tym bardziej że teatr jest naprawdę duży (ok. 2000 miejsc).

No i obsada, która znowu bardzo dużo dała temu spektaklowi:

- Galileo – Ross Hunter (u/s). Muszę zacząć od tego, że postać sama w sobie jest dość dziwna. Jak dla mnie Galileo to taki trochę przygłup, który potem staje się rockowym bożyszczem. Przygłup może nie pod względem samego zachowania (nie robi głupich min, zeza, ani innych tego typu rzeczy), tylko sposobu bycia. Ogólnie czasami porusza się i mówi, jakby nie grzeszył inteligencją, a niespodziewane i nadmierne wyrzucanie z siebie tekstów typu „Billy Jean is not my lover!” zdecydowanie nie pomaga mu w kreowaniu mądrego wizerunku. Mówię o tym dlatego, że właśnie to sprawia, że istnieje cienka granica pomiędzy tym, kiedy postać ta wydaje się sympatyczna i zabawna, a pomiędzy tym, że jest po prostu irytująca. Oglądałam nagranie z OLC i tamten Galileo mnie denerwował - Ross wręcz przeciwnie. Ogólnie chciałam zobaczyć w tej roli Ricarda Afonso, ale o Rossie wcześniej też słyszałam, więc jego obecność mnie nie zasmuciła. Jako, że nie sprawdziłyśmy obsady przed spektaklem, jeśli już w ogóle miałam jakiekolwiek obiekcje w momencie kiedy pojawiła się blond grzywa Rossa zamiast ciemnych włosów Ricarda, wszystkie rozpłynęły się w ciągu paru sekund. Podbił mnie już przy pierwszym wyjściu (aktorsko) i przy połowie pierwszej zwrotki jego pierwszej piosenki (wokalnie). Grał naturalnie i był raczej zwykłym chłopakiem z dziwnymi zdolnościami, niż przygłupem – i za to wielki plus. Pod tym względem zdecydowanie wybronił tę postać i zamiast czekać, aż zejdzie ze sceny, nie mogłam się doczekać, kiedy znowu będzie miał pole do popisu i kiedy znowu coś zaśpiewa. No właśnie. Bo śpiewał naprawdę… WOW. Ten repertuar idealnie mu pasował, nie miał żadnych problemów z wyciąganiem gór, a nawet partie, które sporo osób wykonuje falsetowo (np. zwrotka „Bohemian Raphsody”) śpiewał pełnym głosem. Strasznie przyjemnie się go słuchało i bardzo bym chciała, żeby była płyta z jego wykonaniem. Wszystkie piosenki w jego wykonaniu były świetne i jedyne, co mogę powiedzieć, to że chciałoby się jeszcze i jeeeeszcze! Wracając do aktorstwa… Tam gdzie musiał udawać rockmana oczywiście było trochę sztucznych i przerysowanych gestów, ale to chyba specyfika postaci i nie da się tego uniknąć. Zresztą robił to w taki sposób, że mimo tego, iż nie jestem zwolenniczką takich rzeczy, nie przeszkadzało mi to jakoś znacznie. Ogólnie wypadł w tej roli naprawdę fajnie i młodzieńczo. I właśnie ta „młodzieńczość” była jego bardzo dużym atutem, bo nadawała tej postaci świeżości, przez co nie wydawała się ona sztuczna (a co za tym idzie, irytująca). I m.in. dlatego wydaje mi się, że Ricardo mniej by mi pasował w tej roli i szczerze mówiąc ciężko mi sobie go w niej wyobrazić, poza końcówką, do której mi pasuje… Tak czy siak chciałabym go zobaczyć, ale gdybym następnym razem znowu trafiła na Rossa na pewno bym nie płakała. Zresztą na chwilę obecną chyba się cieszę, że trafiłam właśnie na niego i z wielką przyjemnością zobaczyłabym go jeszcze raz. A że pewnie na WWRY już nie wyląduję, czekam aż opuści w końcu ten spektakl i będę mogła obejrzeć go w czymś innym (chociażby na Youtubie xD), bo ma potencjał, śpiewa cudownie, przyjemnie się na niego patrzy (i nie mówię tutaj wyłącznie o aktorstwie… Very Happy) i generalnie no… fajny jest 

- Scaramouche – Sabrina Aloueche. Jeśli chodzi o wokal, na początku wydawało mi się, że śpiewa trochę przez nos (skojarzyła mi się z Kerry Ellis), ale jak już się do tego przyzwyczaiłam, to przestało mi to przeszkadzać. Tak poza tym, ma bardzo mocny głos i śpiewała naprawdę super (btw, byłam w szoku jak przeczytałam, że śpiewała Eponinę na płycie z 21 lecia Les Misów). Świetnie brzmiała w harmoniach z Rossem, np. „Who wants to live forever”. Generalnie ta piosenka w wykonaniu tej dwójki była przepiękna, śpiewali to niby delikatnie, ale jednak z siłą w głosie… No po prostu cudowanie. Wracając do Sabriny… Aktorsko była idealna. Od razu było widać, kto ma coś do powiedzenia w tym związku. Scaramouche miała największe jaja z całego zespołu, rozstawiała wszystkich po kątach (jeżeli trzeba było), a szczególnie biednego Galileo, którego wszelkie starania i wysiłki były ucinane przez jej genialne teksty. Sabrina zdecydowanie podołała roli i świetnie się w niej sprawdziła. Ogólnie miała fajną chemię z Rossem i wszystkie sceny z udziałem tej dwójki oglądało się strasznie przyjemnie. Bardzo żałuję, że nie mieli więcej do śpiewania, bo zdecydowanie chciałabym więcej. „Hammer To Fall” i przekomarzanie się było boskie w ich wykonaniu!

- Meat i Brit – Rachel John i Ian Carlyle. Tworzyli naprawdę bardzo zgrany duet, grali fajnie, oboje śpiewali po prostu genialnie, a ruszali się tak, że po prostu… mrrrr. Sam seks xD Była między nimi chemia, dobrze się uzupełniali i generalnie nie wiem co jeszcze mogłabym powiedzieć. Po prostu super i tyle.

- Killer Queen – Brenda Edwards. Ma niesamowity głos, wszystko śpiewała z ogromną lekkością i brzmiała po prostu genialnie. Aktorsko też była świetna, szczególnie patrząc na jej rozbudowaną mimikę na ekranie, kiedy kontaktowała się z Khashoggim. Kiedy oglądałam nagranie, ta postać była jedną z tych, które lubiłam najmniej. Brenda zrobiła z niej perełkę i każde jej wyjście było niesamowite. Ciężko coś więcej powiedzieć. To raczej jedna z tych osób, nad którymi nie ma co gadać – trzeba zobaczyć, żeby się przekonać. …i usłyszeć. Bo głosem mogłaby rozwalić pół teatru.

- Khashoggi – Alex Bourne. Tutaj znowu, postać raczej nie należała do moich ulubionych, a ten pan sprawił, że nie tylko dało się ją oglądać, ale też sprawiało to przyjemność. Aktorsko był bardzo dobry, wokalnie nie miał dużego pola do popisu, ale to mu nie przeszkodziło w tym, żeby pokazać że śpiewać umie bardzo dobrze i ma ogromnie przyjemny głos.

- Pop – Kevin Kennedy. Generalnie nie mam wobec niego żadnych mniej lub bardziej skrajnych odczuć. Nie lubię tej postaci i uważam, że jest nudna i wklepana tam trochę na siłę, więc pan miał ciężki orzech do zgryzienia. Nie był zły. To co miał do zagrania zagrał dobrze. Po prostu nie mój typ postaci i tyle.

Podsumowując. Spektakl mi się podobał, mimo tego że science-fiction to zupełnie nie moje klimaty. I szczerze mówiąc myślałam, że ta historia wciągnie mnie w dużo mniejszym stopniu. Wprawdzie miałam kryzys w połowie drugiego aktu, kiedy wszystko zaczęło się dłużyć (dłuuuuga scena kiedy Pop opowiada historię kasety waj-dej-ło, muzyki etc. i w zasadzie żadnej piosenki przez dobre 10-15 min, jeśli nie dłużej), jednak poza tym jednym fragmentem, generalnie się nie nudziłam. Ten spektakl ma naprawdę sporo zalet, które przyćmiewają braki… A w zasadzie jedynym większym brakiem, który trzeba przyćmić, jest fabuła, a to moim zdaniem zostało osiągnięte. No i może jeszcze nieco chaotyczna strona wizualna, ale z drugiej strony robi ona wrażenie, więc podczas spektaklu do tego też się nie przywiązuje wagi. A tak poza tym, postaci są charakterystyczne i dobrze zagrane potrafią przyciągnąć uwagę, teksty są naprawdę świetne, a muzyka jaka jest każdy wie i nie trzeba być wielkim fanem Queen, żeby pod tym względem spektakl się podobał. Tym bardziej, że nagłośnienie jest imponujące (chociaż dla mnie w I akcie było trochę za głośno), a głosy aktorów jeszcze lepsze. I naprawdę dla samego usłyszenia tego repertuaru w takim wykonaniu, warto przyjść na spektakl. Zresztą nie tylko dlatego. Tak, jak już mówiłam, WWRY jest wyjątkowe przez klimat jaki ma i myślę, że tego typu atmosfery nie ma żaden inny musical. Zresztą, generalnie wydaje mi się, że naprawdę jest to spektakl dla każdego i moim zdaniem przynajmniej raz na pewno warto go zobaczyć. Najważniejsze to nie nastawiać się na inteligentną, wyszukaną fabułę. Jeśli ten element potraktuje się z przymrużeniem oka i generalnie spojrzy się na ten spektakl, jako na rozrywkę w czystej postaci, wydaje mi się, że nie może się nie podobać. Ja ani trochę nie żałuję, że na niego poszłam i bardzo chętnie poszłabym jeszcze nie raz. I mam nadzieję, że pójdę za czas jakiś.


I liniacze (na szczęście jest sporo nagrań z ludźmi z mojej obsady, więc będę wsadzać tylko te. Resztę łatwo znaleźć):

”I Want To Break Free” – Ross Hunter – wersja akustyczna…
”Another One Bites the dust” – Brenda Edwards – West End Live 2010
”We Will Rock You” – Ross Hunter – West End Live 2010
”We Are The Champions – Ross Hunter – West End Live 2010
”I Want It All” – Amanda Coutts i Ian Carlyle – West End Live 2010
”Under Pressure – Sabrina Aloueche i Jon Boydon – Alan Titchmarsh Show
”Bohemian Rhapsody” – Ricardo Afonso, Sabrina Aloueche, Brenda Edwards – The 5 O’Clock Show

I jeszcze jedno… Plotka mówi, że Earl Carpenter ma w najbliższym czasie dołączyć do obsady i grać Khashoggiego… Very Happy Chciałabym to zobaczyć….


Ostatnio zmieniony przez Kuncyfuna dnia Wto 17:26, 02 Sie 2011, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum www.teatrmuzycznywgdyni.fora.pl Strona Główna -> Musicale Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2002 phpBB Group, Theme by GhostNr1