Forum www.teatrmuzycznywgdyni.fora.pl Strona Główna
Zaloguj Rejestracja Profil Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości FAQ Szukaj Użytkownicy Grupy
Les Miserables - Nędznicy
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3 ... 19, 20, 21, 22  Następny
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum www.teatrmuzycznywgdyni.fora.pl Strona Główna -> Musicale
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Kuncyfuna
Admin (KMTM)


Dołączył: 08 Mar 2008
Posty: 6841
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: ...z prowincji.

PostWysłany: Czw 20:38, 16 Gru 2010    Temat postu:

Ludzie zajmujący się promocją Les Misa nie próżnują...

Ślicznie zmontowane fragmenty koncertu 25th:
"I dreamed a dream" - Lea Salonga
"Master of the house" - Matt Lucas
no i...
"Empty chairs and empty tables" - Nick Jonas. ...i tu mnie zaskoczył, to myślałam, że będzie lepiej śpiewał, niż grał. A tu proszę... śpiewa w sumie średnio, ale widać, że chociaż próbuje coś grać. Dream Marius to może nie jest, ale mogło być gorzej...

A TU kulisy romowych Les Misów.


Ostatnio zmieniony przez Kuncyfuna dnia Czw 20:40, 16 Gru 2010, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Kuncyfuna
Admin (KMTM)


Dołączył: 08 Mar 2008
Posty: 6841
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: ...z prowincji.

PostWysłany: Sob 12:16, 18 Gru 2010    Temat postu:

...i jeszcze raz ja.

Les Misowy WYSTĘP w Royal Variety Performance:
AT THE END OF THE DAY
WHAT HAVE I DONE - Alfie Boe
ON MY OWN - Samantha Barks
EPILOGUE
BRING HIM HOME - Valjean's Quartet (Colm Wilkinson, Alfie Boe, John Owen-Jones & Simon Bowman)
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Karina



Dołączył: 14 Sty 2009
Posty: 806
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Poznań

PostWysłany: Wto 17:30, 15 Lut 2011    Temat postu:

Zgodnie z obietnicą złożoną Dracze moje wrażenia z Les Mis na klawiaturę przelewam Very Happy
Z góry przepraszam za wszystkie spojlery.

Do Romowych „Nędzników” od początku podchodziłam z duża rezerwą (żeby nie powiedzieć niechęcią) toteż sam wyjazd do Warszawy nie powodował u mnie takiego entuzjazmu jak inne wyprawy musicalowe. Jednak na miejscu okazało się, że nie tacy „Nędznicy” straszni jak się wydawali Wink Ale do rzeczy. Byłam na Les Misach 12 lutego (na obu). Zacznę od tego co było kiepskie. Nie powaliło mnie libretto. Pełno w nim było nielogiczności i „masła maślanego”. Choć zdarzyło się też pare wersów całkiem przyjemnych, to jednak całość nie zachwyciła. Nie podobał mi się również sposób rozegrania niektórych scen. W przypadku kilku scen (w szczególności podczas pierwszego spektaklu) miałam wrażenie takiej dziwnej dziury inscenizacyjnej- niby na scenie dzieje się to co powinno, a jednak czegoś brakuje. To są, moim zdaniem, największe mankamenty Romowych Les Mis- na nich poprzestanę Smile
Z przyjemnych elementów: bardzo fajnie wypadły „słynne” inteligentne platformy. Myślę, że całkiem dobrze wykorzystano ich potencjał Smile Ciekawym pomysłem było pokazanie najpierw ogrodu Cosette i Valjeana, a później odwrócenie perspektywy i pokazanie „posiadłości” od frontu- dzięki temu sceny rozgrywane w tym samym miejscu zyskiwały pewne urozmaicenie. Tak samo podobała mi się „rozjeżdżająca” się barykada w scenie śmierci Gavroche’a. Kostiumy również mi się podobały. Ich dużym plusem było to, ze bardzo dobrze leżały na aktorach, co świadczy o ich dobrym skrojeniu Smile
Największym plusem całego spektaklu byli jednak aktorzy. Wszyscy byli rewelacyjni. To dzięki nim pewne wpadki reżyserskie były prawie niewidoczne i chwała im za to Smile Obsadę pozwolę sobie omówić zbiorczo, bez podziału na spektakle na 15 i 19:30 Smile
Valjean- Janusz Kruciński- zdecydowanie nie zawiódł moich oczekiwań. Stworzył przepiękną postać. Najpierw zachwycony wolnością, później, z winy ludzi, którzy „pokazali mu gdzie jego miejsce”, stał się agresywny (u księdza tez z lekka cyniczny), aż wreszcie, dzięki miłosierdziu księdza, przeszedł ostateczna przemianę. Każda scena w wykonaniu Janusza była absolutnie wspaniała Smile gdy podczas deszczu odmówiono mu schronienia i leżał taki skulony na ziemi to czułam nieodpartą chęć wejścia na scenę i okrycia go moja marynarką Wink przez większą część spektaklu emanował taką dobrocią, ze gdy w finale zobaczyłam go takiego biednego i osamotnionego to tak mną wstrząsnęło, ze nie dość, ze łzy mi leciały do końca spektaklu, to jeszcze po wyjściu z teatru poryczałam się znowu Sad

Javert- Łukasz Dziedzic- podpisuję się pod wszystkim co napisała na temat Łukasza Dracze- sama bym tego lepiej nie ujęła Wink Niezwykle podoba mi się to, jak Łukasz buduje postać subtelnymi acz bardzo czytelnymi gestami. Nie ma w jego kreacji, żadnej przesady. Ujęło mnie to jak totalnie spokojnym, ale jednocześnie zdecydowanym gestem zatrzymał strażników którzy chcieli aresztować Fantyne- to był właśnie jeden z tych drobnych gestów- niby nic, a jednak strażnicy nie ważyli się dalej iść (i ja im się nie dziwię Wink). Duże wrażenie zrobił też na mnie fragment w którym Javert opowiada „burmistrzowi” o schwytaniu Valjeana. Sposób w jaki Łukasz to zagrał idealnie uwypuklał charakter tej postaci, a jednocześnie obsesje jaka wkradła się w umysł Inspektora. On nawet nie brał pod uwagę tego, ze jego osąd może być błędny, przecież on jest najporządniejszym z porządnych i złoczyńcę pozna zawsze i wszędzie!

Fantine – Edyta Krzemień- kolejna udana kreacja Edyty. Jej Fantyna zdecydowanie budziła litość i współczucie, jednak nie była ona tylko zabiedzonym dziewczątkiem targanym żalem/wątpliwościami/etc. ale także potrafiła być stanowcza. Sposób w jaki oznajmiła potencjalnemu klientowi, ze go zabije jeśli jej dotknie był naprawdę mocny.

Eponine- Ewa Lachowicz- uroczo zagrana postać. Eponina Ewy jest takim sympatycznym dzieciakiem, ale jak przyjdzie co do czego to rade sobie da Smile On my own zaśpiewała ślicznie (szkoda tylko, że tłumaczenie tak te piosenkę skrzywdziło), no i świetnie zagrana scena śmierci.

Marius- Marcin Wortmann- Marcin jest chyba największym zaskoczeniem jakiego doświadczyłam w Romie ever. Postęp jaki zrobił na przestrzeni lat jest ogromny. Wokalnie naprawdę super! (aż trudno mi było uwierzyć, ze to ten sam człowiek, którego kilka lat temu widziałam w roli Alfreda w TW Wink ). Postać zagrał cudnie. Z początku stateczny, poukładany student, później, trafiony strzałą Amora, zachowywał się troszkę jak nastolatek przeżywający pierwsze zauroczenie: był zmieszany, nie wiedział jak powinien rozpocząć rozmowę z Cosette, „ćwiczył” sobie powitanie- krótko mówiąc cud, miód i orzeszki Smile „Empty chairs…” zagrał i zaspiewał mega przejmująco… Bardzo podobało mi się jak w jednej ze scen dał Eponine lekkiego kuksańca w ramie- bardzo fajnie pokazało to jego stosunek do niej, traktował ją jak kumpla, a nie dziewczyne Smile
Rafał Drozd- byłam do niego lekko uprzedzona ( sama nie wiem dlaczego- jakoś nigdy nie budził mojej sympatii Wink ) jednak stwierdzam, ze podobał mi się w tej roli Smile bardzo ładnie śpiewał, grał też całkiem nieźle. Jego Marius był troszkę spokojniejszy od Marcinowego, bardziej wyważony- spokojniej przeżywał te nagłą miłość. „Empty chairs…” również bardzo dobre Smile

Cosette- Weronika Bochat- w sumie najsłabsze ogniwo. Śpiewała nawet nawet, ale aktorsko było słabo. Miałam takie wrażenie, ze w kolejnych scenach Weronika „przywdziewała” konkretna minę i starała się za wszelka cenę te minę utrzymać…
Kaja Mianowana- zdecydowanie lepsza w tej roli od Weroniki. Jej Cosette ma w sobie naturalny wdzięk, który całkiem przyjemnie się odbiera Smile wokalnie tez sympatycznie.

Enjolras- Jan Bzdawka- zaskoczenie nr 2 Smile bardzo bardzo mi się podobał. Z jednej strony silny przywódca, potrafiący poprowadzić lud na barykadę, z drugiej zaś był tak starszobratersko opiekuńczy (wszystkie drobne uwagi rzucane rewolucjonistom były ujmujące Very Happy )Jak na niego patrzyłam to pierwszy raz w życiu pomyślałam, że chciałabym mieć starszego brata Smile

Thenardier- Grzegorz Pierczyński- Very Happy <- to jest chyba najlepszy komentarz Smile Thenardier Grzesia jest mega pokraczny i gapowaty. Niby prowadzi te swoją karczmę ale jednak cały czas miałam wrażenie, ze w kluczowych kwestiach życiowych bez żony (genialnej Ani Dzionek) nie dał by sobie rady XD
Tomasz Steciuk- również mega dobry. Jego Thenardier poza ogólną głupkowatościa pokazywał w kilku miejscach mroczne oblicze (u Grzesia tego raczej nie było) . W scenie ślubu rozbroił mnie gdy chcąc się elegancko ukłonić zrobił coś co przypominało telemark XD Poza tym w scenie gdy Thenadier siedzi na wózku i udaje kalekę, gdy wkroczył Javert, Tomek genialnie zaczął biegać w miejscu szukając wyjścia z sytuacji, po czym stanął wyciągnięty jak struna z rękoma wyciągniętymi do góry XD
Taka moja ogólna refleksja- fajnie, że panowie podczas ukłonów nie wychodzą z roli i wygłupiają się do końca Very Happy

Mme Thenardier- Anna Dzionek- baaaardzo mi się podobała. Nie dość, że posiada świetny głos to dodatkowo potrafi stworzyć genialną postać- odpowiednio zabawną, ale też trochę groźną. No i miała genialną charakteryzację, która sama w sobie dużo dawała.
Anna Sztejner- niestety słabsza w tej roli. Mam wrażenie, że trochę ginęła w cieniu Tomka. Śpiewała dobrze, ale jej postać raczej nie rzucała się w oczy tak jak powinna.

Jak już wcześniej pisałam cały zespół był świetny i wszyscy zasługują na wyróżnienie, niestety obawiam się, że jakbym zaczęła wszystkich po kolei opisywać to bym jeszcze przez najbliższe 2 tygodnie nad klawiaturą ślęczała tak więc wspomnę tylko pokrótce o tych najlepszych z najlepszych:
Kuba Szydłowski- zarówno jako lubieżny majster jak i Grantaire był przeboski. Rozwaliło mnie totalnie jak w kawiarni jeden z towarzyszy chciał mu podać broń, a on na to pokazał falszke- no racja, po co mu broń palna w obliczu takiego oręża XD No i ta jego peruka na weselu… Razz
Malwina Kusior- we wszystkich epizodach była świetna- zdecydowanie przykuwała moją uwage Smile chciałabym zobaczyć ją kiedyś w roli Eponine Smile
Gosia Regent- pani z pieskiem w knajpie Thenardiera była rozbrajająca. Gosia zagrała te postać w lekko przerysowany sposób co sporo dało tej scenie Smile


Podsumowując, Romowi Nędznicy podobali mi się mimo drobnych uchybien i chętnie wybiore się do Romy ponownie za jakiś czas Smile


Ostatnio zmieniony przez Karina dnia Wto 17:37, 15 Lut 2011, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Draco Maleficium
Moderator (KMTM)


Dołączył: 08 Mar 2008
Posty: 4374
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Z Anatewki

PostWysłany: Sob 10:18, 26 Lut 2011    Temat postu:

Nasz kochany teatr na poziomie europejskim najwyraźniej uznał, że fani ostatnio za mało na niego psioczyli, i uparł się, żeby zmienić ten stan rzeczy...

Otóż na marzec zapowiedziana jest już oficjalnie płyta z muzyką ze spektaklu. Haczyk?
1.) Nie wiadomo, kiedy dokładnie będzie premiera.
2.) Płyty nie będzie można nabyć w normalnych Empikach czy innych sklepach muzycznych, a jedynie osobiście w Romie lub przez ich sklep internetowy.
3.) Nakład, jak szumnie zapowiada strona, jest limitowany, szykują się też jakieś edycje deluxe, na których nikt nie wie, co będzie.
4.) Ceny nie podano.

W efekcie Roma podkręca atmosferę, trąbiąc, żeby przychodzić na spektakl w marcu, bo może a nuż ktoś załapie się na dzień premiery płyty. Na stronie zapowiedziano już "rezerwację przedpremierową." W efekcie lud na pewno rzuci się na dzień premiery, nie znając nawet ceny, która, jak się spodziewam, będzie... pokaźna. A kiedy wyczerpie się pierwszy nakład, Roma będzie mogła dumnie wypinać pierś i chwalić się tym na całe media, po czym łaskawie, ze względu na ogromne zainteresowanie ich fanów i tak dalej, i tak dalej, zwiększą nakład.

Sprytni są, nie?
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Karina



Dołączył: 14 Sty 2009
Posty: 806
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Poznań

PostWysłany: Sob 13:47, 26 Lut 2011    Temat postu:

Marketing Romy jak zwykle powala... Co do edycji limitowanej to z tego co ja zrozumiałam to ma byc tylko jedna wersja, która bedzie super hiper limited wow, co jest w sumie troche bez sensu w obliczu braku wersji podstawowej ale pamietajmy, ze to Roma Wink
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Luc



Dołączył: 16 Lut 2010
Posty: 30
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: tam gdzie mnie wywieje..

PostWysłany: Pon 12:30, 28 Lut 2011    Temat postu:

Ja w sobotę załapałam się na wystąpienie Sebastiana Gonciarza.
Szczerze mówiąc miałam ochotę rzucić czymś ciężkim. Powiedzenie dziecku na scenie, że odchodzi na emeryturę, czego skutkiem była histeria tegoż dziecka(mam na myśli Madzię Kusą) jest tak idiotyczne, że aż boli.
Oczywiście dostała cały wór prezentów, kwiatki, laurki ale ta akcja była dla mnie poniżej jakiegokolwiek poziomu kulturalnego.
Można to było zrobić delikatnie a nie jak słoń w składzie porcelany.

A tutaj moja recenzja, może nie jest za piękna, ale nie mogłam z siebie wykrzesac nic innego. I wybaczcie mi za kopiuj wklej, oryginalnie była pisana na forum J.Krucinskiego Wink

Cóż mam napisać? Sama nie wiem, jechałam nastawiona bardziej na Krucjatę niż na spektakl. Poza tym,
przyznam się szczerze, że myślami jestem już w Chorzowie.
Ogólnie zasiadłam wczoraj na widowni lekko znudzona życiem, przebytą chorobą i ogólnie miałam
zaniżony poziom kofeiny we krwi. A zmęczona Luc, to zła Luc.

Nie będę opisywać spektaklu, bo większość na nim była a jak nie, to już przeczytała szerokie relacje z poprzednich
występów.

Zacznę może od Janusza, który ewidentnie miał gorszy dzień. Początkowe sceny po odzyskaniu wolności
i później u biskupa były bardzo emocjonalne, chwilami aż za bardzo.
Nie jestem fanką epileptycznych wstrząsów, chyba że jest to wymęczony swoim alter ego Jekyll.
Podczas wykupywania małej Cosette z łap Thenardierów przy wersie..."Bez obrazy, czy nie jest pan...?"- miałam wrażenie, że Tomek Steciuk zaraz zostanie rozszarpany przez Hyde'a, który nagle wstąpił w JV.
Przyznam szczerze, że było to dla mnie dziwne. W drugim akcie Janusz się nie tyle co poprawił, ale trochę uspokoił, JV nie trząsł się w chęci przywalenia komukolwiek i zagrał już w swoim stylu na ''kochanego wujaszka".
Łukasz Dziedzic natomiast prezentował postawę"I co ja robię tu?Uuuuu co ty tutaj robisz?". Dostanie ode mnie kołder krawiecki, gdyż miał sporo momentów całkiem wyraźnych przeszyć i zawahań, by w otchłani zapomnienia odszukać sens słów.
I tak zamiast powiedzieć Fantine: ''Nic nie wskórasz ''tanim kłamstwem, zaśpiewał TAAKIM kłamstwem", tak jakby za wszelką cenę chciał podkreślić ogrom tej zbrodni. Ogólnie rzecz biorąc mój ulubiony tandem, nie zrobił na mnie odpowiedniego wrażenia.
Fantine była mi dzisiejszego wieczora obojętna, mocno bezbarwna i bez jakiegokolwiek sensu. Jedyne co się zmieniło na plus, to to, ze przy śmierci Valjeana, jej głos jest bardziej słyszalny i taki trochę jak pogłos z wnętrza nieba. Bardzo dobre rozwiązanie.
Cosette- Marius, czyli całkowita nadinterpretacja Wery Bochat, która wprowadziła nowy trend przy śmierci papa, jakim jest bezsensowna i bezpodstawna histeria. Jej Cosette jest za agresywna i za bardzo impulsywna, wygląda to jakby coś brała. Nadpobudliwości wczorajszego spektaklu, powinna przejść do historii.
Najgorsza scena - scena śmierci JV. Wera uskuteczniała histeryczne wycie, kładąc się na puste krzesło papa, a jej zacny małżonek stał jak przysłowiowy słup soli i miał daleko gdzieś, że jego połowica wypłakuje sobie oczy. Marcina Mrozińskiego widziałam dwa razy i doszłam do wniosku, że powinien się wrócić na próby i nauczyć porządnie tekstu, po te luki jakie wczoraj zaprezentował były czymś niepojętym.
Jedyną osobą, która wiedziała do samego końca gdzie jest był Eżo. Musze przyznać, że Łukasz Zagrobelny stanął na wysokości zadania. Może nie jest idealny i nie wzbudza we mnie żadnych cieplejszych uczuc, ale przynajmniej nie odwalił fuszerki.
Wielkie brawa dla zespołu, szczególnie dla Krzysia Bartłomiejczyka aka Byeeela, za jego wszystkie tysiąc ról, począwszy od służbisty, po pijusa w karczmie, klienta który czuje miłe panie pod wiatr a skończywszy na studencie. Bardzo miło mi się na niego patrzyło i słuchało.
Wielki ukłon również w stronę państwa T, którzy jak zwykle byli rewelacyjni.
Często nie doceniamy zespołu a naprawdę bez nich nie ma imprezy.
Ale żeby nie kończyć w takiej minorowej atmosferze, to dodam,że dzieciaki były słodkie.
Bardzo mi żal, że Madzia zagrała ostatni raz, była moją pierwszą i bardzo kochaną Cossetką i ma przepiękny srebrny głosik. Mam nadzieję, że jeszcze( za kilka lat) zobaczę ją na scenie:)
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Alagashka



Dołączył: 23 Kwi 2008
Posty: 198
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Gdańsk

PostWysłany: Sob 16:01, 19 Mar 2011    Temat postu:

Nędzników widziałam w czwartek, w ramach wycieczki z klasą. Zarówno ja, jak i niektórzy z moich znajomych zakochali się (w moim przypadku - zakochałam się jeszcze bardziej) w głosie Dziaverta, nie ma co Smile.
Miłą niespodzianką było zobaczenie Malwiny Kusior w roli Eponiny (a muszę dodać, że jest to moja ulubiona postać żeńska z musicalu), muszę przyznać, że świetnie sprawdziła się w tej roli Smile.
Niestety, zapomniałam sprawdzić obsady, więc nie wiem, kto grał Fantine, ale niestety, niezbyt podobało mi się jej wykonanie "I dreamed a dream" - jestem przyzwyczajona do angielskiej wersji (i, ewentualnie, genialnego wykonania Susan Boyle).
Łukasz Dziedzic - przewspaniały, "Stars" wbiło mnie w siedzenie (kochajmy "zerówki"!) a "Javert's Suicide"... ech, nie mogę wyrazić tego słowami.
"One day more", "ABC Cafe" i "Do you hear the people sing" wręcz budziło we mnie jakiegoś dziwnego ducha walki - zawsze trochę za bardzo się wczuwałam Wink
Cosette... Eee, nie dziękuję, postoję. Wogóle mi się nie podobała, strasznie piszcząca i taka jakaś... sztywna. Nie wiem, może to wina roli, a nie aktorki, ale ledwo mogłam ją znieść.
Marius to zupełnie nie było to, czego oczekiwałam.
Gavroche świetny Very Happy. Taki śmieszny i bardzo fajnie zagrany, mała Cosette tak samo.
Enjorlas - Zagrobelny OK, moją koleżankę zachwycił (i jaka była jej reakcja, kiedy na oklaskach zaczął się w naszą stronę śmiać - bezcenne Very Happy).
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Kamilka__
KMTM


Dołączył: 07 Lut 2009
Posty: 349
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Tczew

PostWysłany: Nie 21:15, 20 Mar 2011    Temat postu:

17.03.2011, czyli ten sam spektakl co Alagashka.

Po Upiorze na Nędzników chciałam jechać tylko żeby móc powiedzieć, że byłam, bez jakiegoś nakręcania wcześniejszego i się pozytywnie zawiodłam Smile
Od strony technicznej - łał. Platformy o nadludzkiej inteligencji się spisały i godnie zastąpiły obrotówkę. A scena śmierci Javerta... Kurcze, niby proste rozwiązanie, a robi wrażenie, do tego ten dym... Jestem pod wrażeniem Smile I tylko tłumaczenia żal Smile

No, to obsada.
Paulina Janczak jako Cosetta. Nawet w czasie kłótni z ojcem na twarzy miała słodki uśmiech, co chyba niezbyt pasowało. I pomimo miłego głou, chętnie wymieniłabym ją na kogoś innego.
Marcin Mroziński - Marius; nie lubię tego pana i tym razem również mnie do siebie nie przekonał. Jego wyraz twarzy, niezależnie od sytuacji, cały czas jest tak samo.... dziwny? Nie umiem innego określenia znaleźć Smile
Ania Gigiel - Fantyna; nie było źle, ale żebym się wzruszyła jej losem, to też niezbyt... Pozostała mi obojętna.
Enjolras - Łukasz Zagrobelny; Sympatyczny, bez uniesień, ale i tak spodziewałam się, że będzie słabiej Smile
Thenardierowie - Anna Sztejner i Tomasz Steciuk - przekomiczni, do samego końca nie wyszli z roli, nawet podczas oklasków się wygłupiali. Zachowanie pana Tomka gdy zobaczył, że w sakiewce są łyżeczki - bezcenne Smile
Dzieci - nie jestem w stanie odtworzyć nazwisk, może Draco? - były cudowne Smile zwłaszcza Gavroche, mały zawadiaka Smile
Ha, teraz czas na świętą trójcę Smile :
Janusz Kruciński - Jean Valjean - kurcze, był niesamowity, nie umiem nic więcej napisać.
Malwina Kusior - Eponina; <3. Urocza, zakochana, oddana Mariusowi bez reszty, ale z charakterem, nie da sobą pomiatać przez rodziców, genialna. I nawet w tych łachach i chłopięcych ruchach wyglądała ślicznie ^^
I wisienka na torcie - Łukasz Dziedzic aka Javert. Takiego Dziada jeszcze nie słyszałam, to był jego najlepszy dzień odkąd go pierwszy raz spotkałam na jakiejkolwiek scenie. Śpiewał tak głębokim głosem, przejmująco... Aktorsko zresztą też, każdy gest był dopracowany, autentycznie się go bałam, mistrz.

Moment, gdy Valjean zabiera Cosettę od Thenarderów, są już sami i śpiewają lalala wyszedł strasznie sztucznie, jakby zabrakło na tę scenę pomysłu.
Końcówka wydała mi się za bardzo rozmyta, sceny nie łączyły się ze sobą, główna akcja w sumie już się zakończyła, a spektakl nadal trwa i trwa...

I wszystko byłoby fajnie, gdybym nie przeczytała listu Dyrektora w programie.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Draco Maleficium
Moderator (KMTM)


Dołączył: 08 Mar 2008
Posty: 4374
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Z Anatewki

PostWysłany: Pon 20:34, 21 Mar 2011    Temat postu:

17.03.2011, ten sam spektakl, co Kamilka i Alagashka Smile

Oprócz wymienionych już wyżej jako Gavroche wystąpił Aleksander Kubiak, małą Cosette zagrała Magda Walczak. W zespole nie było Marcina Wortmanna.

Można by powiedzieć, że był to spektakl "urodzinowy," o tyle nieoczekiwany, że jeszcze tydzień przed nie wiedziałam, że jadę - z tego miejsca jeszcze raz zatem chcę podziękować zarówno Losowi, jak i Kamilce, za ten jeden wolny bilet i za wolny piątek, dzięki czemu okazało się, że mogę jechać. Spontany są najlepsze Wink Tym bardziej, że już od dłuższego czasu brał mnie Nędznikowo-Dziavertowy głód i szalenie zazdrościłam wszystkim, którzy chodzą regularnie, czytanie wrażeń tylko to potęgowało. Zatem pojechałam do Romy ogromnie ucieszona, a kiedy na miejscu okazało się, że zamiast planowanej na ten dzień Ewy Lachowicz w roli Eponine wystąpi Malwina, radości już w ogóle stało się zadość (nie, żebym miała coś do Ewy, ale miałabym ją już trzeci raz na trzy, więc nowość w postaci Malwiny, którą bardzo chciałam zobaczyć, była bardzo pożądana).

Ogólnie mój stosunek do tego spektaklu nie zmienił się od października, ocena pozostaje w granicach 8/10. Tłumaczenie dalej wywołuje we mnie wstrząsy i zaciskanie zębów. Nie podoba mi się też zabieg, że solówki w Lovely Ladies wobec Fantine śpiewają prostytutki, scena balkonowa też w dalszym ciągu wywołuje we mnie chęć mordu na reżyserze. Chóry w dalszym ciągu nie powalają. Za to orkiestrę muszę pochwalić, bo brzmieli naprawdę świetnie i aranżacje z Romy bardzo mi się podobają (YAY dla gitary elektrycznej na wejście Dziaverta!).

Z ciekawostek - parę razy wysiadły mikroporty, pierwszy raz już na samym początku u jednego z więźniów. Tomek Steciuk ubarwił swoją rolę, mamrocząc wściekle "Znowu latarnie pogasili, no co za miasto!", schodząc ze sceny po interwencji Javerta, Łukasz Zagrobelny ponowił swoje "Ja go znam!" i dogadywał Grantaire'owi pod nosem w kawiarni, a Marcin Mroziński rzeczywiście zapomniał języka w gębie, gdy powinien był zaśpiewać "Cosette, dosłownie brak mi słów" w "A heart full of love," przez co w tym momencie zapadła cisza.

Miłym akcentem było więcej solówek Gosi Regent, która przejęła solo Malwiny z Lovely Ladies, rolę Staruchy w drugim Schyl Kark, właścicielki domu na samym początku przy odpędzaniu Valjeana, towarzyszki Szydła w "Master of the House," sporo śpiewała w "Turning" i ogólnie było jej dużo. Bardzo mnie to ucieszyło z wiadomych powodów, ale i nie tylko przez sentyment, bo wypadła naprawdę bardzo dobrze, zwłaszcza wokalnie. Mam nadzieję, że powoli będzie jej tam coraz więcej, bo skoro już zostawiła Gdynię dla tego swinga, niechaj coś z tego ma.

Skoro już od gdyńskich akcentów zaczęłam, to powiem, że Tafejko dalej wypada bardzo uciesznie w zespole i jego mina na widok karabinów pozostaje bezcenna. Kampa poprawił się wokalnie i jego śpiew już tak nie boli w uszy, chociaż dalej nie jest to perfekcja.

Jesteśmy przy studentach, pozostańmy więc przy nich; Łukasz Zagrobelny jako Enjolras pod względem wokalnym poprawił się bardzo od mojego ostatniego spektaklu w październiku. Zdecydowanie mniej było tych irytujących, popowych ozdobników (właściwie to prawie ich nie było), a raz czy dwa zaśpiewał wręcz tak, że aż brwi uniosły mi się w pozytywnym zaskoczeniu. Aktorsko jest właściwie tak samo, jak go zapamiętałam, i choć dalej nie jest to dla mnie Enjolras, to wolę jego zdecydowanego, poważnego, surowego przywódcę, niż dobrotliwego wujka w wykonaniu Bzdawki - wersja Zagro bliższa jest pierwowzorowi. Ogólnie rzecz biorąc, pozytywne zaskoczenie, jedna z dwóch największych niespodzianek wieczoru.

Drugą miłą niespodzianką była Ania Sztejner w roli pani Thenardierowej. Dla nikogo zapewne nie jest tajemnicą, że nie przepadam za nią, a na pokazie przedpremierowym zrobiła na mnie kiepskie wrażenie, żałowałam więc bardzo, że tego dnia nie grała Ania Dzionek - ale okazało się, że pani Sztejner poprawiła się bardzo od tamtego czasu. Zdecydowanie mniej było przerysowania, mniej karykaturalnie, a bardziej z naturalną swobodą i autentycznym humorem (choć to niefortunne określenie w stosunku do tej akurat postaci). W efekcie odrzucała i budziła wstręt, ale w tym dobrym znaczeniu, tak, jak ta postać powinna, zgrzytów właściwie nie było. Odetchnęłam więc z ulgą i oglądałam z przyjemnością.

O Steciuku pisać chyba nic nie muszę, powiem tylko krótko: mistrz. Tak samo fenomenalny, jak na moich dwóch poprzednich spektaklach, nic dodać, nic ująć, a za wspomniany wyżej tekst o latarniach wielbię dodatkowo. "Beggars at the feast" i sztućce z nieba jak zwykle gwoździem programu.

Niestety Cosette w wykonaniu Pauliny Janczak nie była żadną niespodzianką - pozostała dokładnie tą pustą, zidiociałą, szczebioczącą kokietką, którą prezentowała na pokazach przedpremierowych. Żadnego postępu, żadnego przemyślenia postaci, tylko słodki uśmieszek mdlejącej heroiny i trzepot sztucznych rzęs. Razi to zwłaszcza w pierwszej rozmowie z Valjeanem i w "Every day." Za to parę dźwięków ładnie i imponująco wyciągnęła. No cóż...

Po raz trzeci na trzy miałam Marcina Mrozińskiego w roli Mariusa i z oczywistych względów nie byłam tym zachwycona - dobrze by było jednak zobaczyć któregoś z pozostałych dwóch w końcu. Niestety przez większą część przedstawienia Marcin nie zaimponował mi na tyle, żebym przebolała ten fakt - był po prostu... okej. Bez większych zgrzytów (poza tym nieszczęsnym "A heart full of love", na które w oczywisty sposób nie ma pomysłu, a któremu nie pomaga idiotyczne ustawienie), sympatycznie w kawiarni ABC i w stosunkach z Eponine... Ot, taki sobie Marius, nie jest źle, nie jest też porywająco. Mój stosunek do niego zmienił się jednak radykalnie przy "Empty chairs" - po tym jednym utworze wybaczyłam mu wszelkie możliwe niedociągnięcia, obecność tego wieczoru w obsadzie, nawet tego nieszczęsnego Raoula, w ogóle wszystko. Zaśpiewał po prostu przepięknie, przejmująco, elektryzująco. Wzruszyłam się autentycznie jego wykonaniem; zarówno pięknie poprowadzonym wokalem, jak i przede wszystkim emocjami. Za ten utwór brawo na stojąco, no i potem było dużo lepiej - wściekłość na Thenardiera wypadła świetnie.

No i nie jest Alistairem. Za to jedno w dalszym ciągu ma u mnie dodatkowe plusy na starcie.

No dobrze, to teraz nowości obsadowe:

Malwina podbiła moje serce i niemal z miejsca stała się "moją" Eponine. Mówię "niemal," bo na początku wydawała mi się jednak trochę zbyt przerysowana, zbyt współczesna - ale to wrażenie szybko się ulotniło. Lubię zadziorne, nieokrzesane i charakterne Eponiny, a Malwina była właśnie taka, jednocześnie pozostając wiarygodną w scenach wymagających melancholii, wzdychania. Wyważyła oba te aspekty wyśmienicie i w efekcie stworzyła taką postać, którą oglądało się z prawdziwą przyjemnością i zaangażowaniem. Wzruszyła mnie zwłaszcza w "A little fall of rain" i zaprawdę powiadam wam, że była to najlepiej zagrana scena śmierci Eponine, jaką widziałam ever, ever - te kaszlnięcia, załamania głosu, odchrząkiwanie, pocałunek na końcu... Brawo, brawo, brawo! No i wokalnie cud, miód, wszystkie utwory wyszły jej świetnie. Całościowo - jestem zachwycona.

Po raz pierwszy miałam też Anię Gigiel jako Fantine. Sama nie jestem pewna, jak moim zdaniem wypadła w porównaniu do Edyty - chyba obie panie zostawiły po sobie podobne wrażenia. Wokalnie moim zdaniem Ania poradziła sobie świetnie i jej wykonanie "I dreamed a dream" mnie zachwyciło, pomimo małych problemów z najniższymi dźwiękami, a już "Come to me" było przepiękne. Aktorsko - podobnie do Edyty, na niewinne, słodkie dziewczę zaszczute przez świat. Muszę jednak przyznać, że jej aktorska interpretacja "I dreamed a dream" trafiła do mnie bardziej, niż Edytowa - mniej było tęsknego zadumania z nostalgicznym uśmiechem, a więcej autentycznego bólu, świadomości sytuacji obecnej zamiast zatracenia we śnie, i to wydaje mi się bardziej spójne, bardziej adekwatne do sytuacji. Ogólnie rzecz biorąc - pozytywnie. Cieszę się, że mogłam ją zobaczyć i usłyszeć.

Magda Walczak pocieszna i rozczulająca jako mała Cosette, a Aleksander Kubiak jako Gavroche wymiatał, ni mniej, ni więcej. Fajnie, że mamy takich porządnych Gavroche'ów.

Janusz Kruciński - i wiem, że narażę się mocno ogromnej części społeczności fanowskiej, pisząc te słowa - nie zachwycił mnie. Aktorsko poprawił się od mojego ostatniego spektaklu, na początku było więcej tej dzikości i nieokiełznania, co było fajne - ale ciągle mało, trochę za mało. Ogólnie Valjeana gra bardzo, hm... jednolicie? Altruista ze złotym sercem, ratujący wszystko i wszystkich, jednocześnie męczący się pod wiecznym jarzmem losu - co broń Boże nie jest złe, jest dobre. Jest w tym bardzo naturalny i ujmujący. Jego cierpienie wzrusza. Ale brakuje mi w nim tego drugiego wymiaru Valjeana - prostego, wulgarnego chłopa, któremu każdy wybór przychodzi z ogromnym trudem, który każdy kolejny krok ku zbawieniu musi okupić ogromnymi rozterkami. Trochę z tego przebłyskiwało w czwartek w jego kontaktach z Cosette, ale - powtórzę się - dla mnie ciągle za mało. Nie znaczy to, że jego rola mi się nie podoba, bo wręcz przeciwnie, jednak nie jest to do końca taki Valjean, jakiego chciałabym zobaczyć. Jeśli chodzi o wokal, to niestety słychać, że ta partia go męczy, i nie dziwota - w końcu to cholernie trudne utwory, a Janusz gra tak często, to się musiało odbić na jego śpiewie. Ogólnie słychać, że zbliża się ten dwusetny spektakl, i ja bym szczerze proponowała dłuższą przerwę na podreperowanie głosu, bo to się może źle skończyć. Szkoda, że przy obecnej polityce Romy to mało prawdopodobne.

Teraz przechodzimy do dwóch osób, które jak dla mnie wymiotły ten spektakl i które są moim zdaniem największą jego ozdobą:

Kuba Szydłowski jako Grantaire. Wiem, rola niewielka i powinnam była o niej wspomnieć wcześniej, ale moim zdaniem ta kreacja zasługuje tutaj na dodatkowe wyróżnienie, nawet niekoniecznie ze względu na fakt, że Grantaire jest moją ulubioną postacią obok Gavroche'a, Eponiny i Javerta. Kuba jest bez dwóch zdań najlepszym R, jakiego widziałam. Gra tę rolę dokładnie tak, jak chciałabym, żeby była grana - od wesołego, cynicznego kpiarstwa początkowo w kawiarni i groźby, że od jego chuchu gwardia padnie, poprzez kpiny z Mariusa, po jego reakcję na widok strzelb i zachowanie ludzi w DYHTPS - to było... mocne. To, jak spojrzał na te strzelby, z momentalnie niedowierzaniem, grozą i nagłym uświadomieniem sobie powagi sytuacji, jak odmawiał przyjęcia jednej z nich do rąk, jak natychmiast odizolował się od ogarniętych zapałem kolegów... Spotkałam się w paru fanfikach z ciekawą teorią, że Grantaire był szpiegiem gwardii i dlatego grał rolę nieszkodliwego opoja, żeby zbliżyć się do Les Amis, jednocześnie nie robiąc nic nielegalnego, ale z czasem zakochał się w Enjolrasie i pogrążył w alkoholizmie naprawdę - takiego właśnie Grantaire'a, z taką głębią i historią, zobaczyłam u Kuby. Zastanawiałabym się nawet, czy on sam nie postawił na taką interpretację, bo nawet jego zachowanie na barykadzie mogłoby temu sprzyjać (poza tą nieszczęsną linijką w "Drink with me," której najwyraźniej reżyser nie rozumiał i nikt dalej nie wie, o co powinno w niej naprawdę chodzić). Znaczy, wiem, moja skrzywiona nadinterpretacja, tu jest bardziej książkowo i kanonicznie ale tak czy siak byłam i jestem nadal po prostu zachwycona i wstrząśnięta. Tego nawet Stara Ciota na weselu nie przebije - wow.

No i wisienka na torcie...

Jeśli mam być absolutnie szczera, pod względem aktorskim Dziavert nie przebił swojego wykonania z października, którym tak mnie zachwycił. Znaczy, było świetnie, ale zabrakło mi np tego diabelskiego uśmiechu po wyjściu "na przeszpiegi," nonszalanckiej próby podniesienia rozwalonego wozu czy próby pokrycia śmiechem oskarżeń Gavroche'a... Pojawiły się za to nowe, małe smaczki, wywołujące mój zakwik, jak odmówienie wypicia z butelki oferowanej przez Enjo, frustracja przy uwolnieniu przez Valjeana, ogólne zachowanie na barykadzie (w ogóle sceny na barykadzie w wykonaniu Dziaverta są <3) no i przede wszystkim zmiana interpretacji rozmowy z burmistrzem przed "Who am I" - wcześniej Łukasz rozegrał to tak, jakby w ogóle nie podejrzewał pana Madeleine o bycie Valjeanem, w czwartek natomiast to podejrzenie bardzo wyraźnie tam było i w i d a ć było, że mówi o tej sprawie w sądzie celowo, żeby podpuścić pana burmistrza. Odwrócił się nawet i spojrzał na niego przeciągle po tym, jak już ruszył w ciemności w stronę kulis, i ja to bardzo, bardzo lubię. Samobójstwo i etiuda z inspekcją twarzy na barykadzie były totally awesome. Z chwilą, gdy wdrapał się z tym rozwianym włosem i z powiewającym czarnym płaszczem na barykadę, jakaś pani siedząca za mną szepnęła nawet: "Śmierć przyszła!" XD I w ogóle pan Inspektor Dziavert rocks my socks, i o.
Natomiast muszę napisać o jednym: nie pamiętam, kiedy ostatni raz słyszałam Łukasza w T A K I E J formie wokalnej, nawet za najlepszych dni. To było... no, to było Coś przez duże C., nawet jak na jego standardy, a jak Dziadu śpiewa, każdy widzi - znaczy się, słyszy. Aż żałowałam, że nie mam przy sobie żadnego sprzętu nagrywającego, bo to taka szkoda, że ten wieczór nie zachował się dla potomnych...! Nawet pojawił się ten najniższy dźwięk na początku "Confrontation" *____* Ja nie potrafię nawet tego opisać. Tego się nie da opisać. Wszystkie utwory, od "Stars" i "Samobójstwa" poprzez najkrótsze nawet wstawki, wyszły... no, TAK wyszły, że ja się zamykam i nawet nie kwiczę, ja *chłonę*. Łukasz ma pełne prawo być dumnym z tamtego występu i jestem przeszczęśliwa, że było to moim udziałem. Podsumuję to tylko stwierdzeniem, że kiedy następnego dnia słuchałam sobie wykonań m.in. Norma Lewisa, który przecież tak mi się podobał w Londynie, a w głowie ciągle dźwięczało mi wykonanie czwartkowe, krzywiłam się i mruczałam z zawodem: "Nie, to jednak nie to"...

...Niechże już wychodzi ta płyta!

Niniejszym kończę i dziękuję za uwagę. I dodam tylko, że chciałabym jeszcze raz. Gdyby tylko te bilety tańsze były i nie wiązały się z koniecznością toczenia o nie batalii z takim wyprzedzeniem...
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Kuncyfuna
Admin (KMTM)


Dołączył: 08 Mar 2008
Posty: 6841
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: ...z prowincji.

PostWysłany: Pon 22:01, 18 Kwi 2011    Temat postu:

No i przyszedł czas, żem się w końcu zabrała na koncert w O2. Oglądało mi się go bardzo dobrze, ba, nawet nie miałam myśli, żeby zrobić przerwę (a naprawdę rzadko mi się to zdarza).

Muszę przyznać, że całość została przygotowana rewelacyjnie. Wszystkie elementy się ze sobą zgrywały. Scenografii oczywiście prawie nie było, były za to ekrany, które poprzez pokazywanie fragmentów scen z wersji teatralnych dopowiadały to, czego nie można było pokazać na scenie. Fajny to pomysł, raz z racji tego że można lepiej wczuć się w klimat, a dwa - zawsze to szansa na obejrzenie porządnego nagrania z wersji scenicznej...no przynajmniej fragmentu. Wizualizacje były zrobione bardzo ładnie, choć oszczędnie (kanały z tour'u są moim faworytem Razz). Orkiestra spisała się bardzo dobrze, podobnie jak chór, który poza śpiewem był również częściowo odpowiedzialny za jedyną oprawę choreograficzną Smile Jednak największym "technicznym" plusem były światła. Ktoś kto był za nie odpowiedzialny, musi być geniuszem. Już na nagraniu oświetlenie zapierało dech w piersiach - nie chcę wyobrażać sobie, co czuli ludzie oglądający to na żywo. Światła idealnie zgrywały się z muzyką, tworzyły klimat i często wręcz tworzyły swój oddzielny spektakl.

Jeśli chodzi o najważniejsze - obsadę:

Alfie Boe (Jean Valjean) - spisał się bardzo dobrze. Na początku może nie sprawiał wrażenia strasznie groźnego, ale później w "dobrej" odmianie był naprawdę super. Kochany, cieplutki... Bałam się, że jako śpiewak operowy będzie słaby aktorsko, a tym czasem poradził sobie. Był naturalny, grał również podczas piosenek. Jedyne zastrzeżenia mam do jego śpiewu. Nie zamierzam przeczyć, że śpiewa pięknie, jednak trochę przeszkadzało mi to, że cały czas śpiewał dokładnie tak, jak zapisali to w nutach. Żadnych ozdobników, czy odstępstw. Momentami wydawało mi się to trochę monotonne i przyznam szczerze, że podczas "Bring him home" się nudziłam. Tak czy siak, pozytywnie mnie zaskoczył, wypadł lepiej, niż się spodziewałam i zagarnął moją całą sympatię reakcją na huczny standing po "BHH" Smile

Norm Lewis (Javert) - na początku było dobrze, ale było widać, że jeszcze się nie rozkręcił. Potem było już tylko lepiej. "Stars" zaśpiewał pięknie i zgadzam się z Dracze, że jego głos brzmi dość specyficznie, szczególnie jeśli chodzi o wyższe dźwięki. Bardzo podobał mi się podczas przyłączenia do panów z ABC, ze szczególnym uwzględnieniem momentu rozgryzienia go przez Gavroche'a Smile Bardzo udany występ.

Lea Salonga (Fantine) - tutaj podobnie jak w powyższym przypadku, trzeba było trochę czasu na rozkręcenie. Później było już super: bardzo podobała mi się podczas interwencji Javerta i cudownie zaśpiewała "Come to me". Nie lubię tego momentu, ale po raz pierwszy nie miałam ochoty go przewinąć. Fajnie wypadła.

Jenny Galloway i Matt Lucas (Thénardierowie) - nie wiem czy to jakaś prawidłowość, czy kwestia moich osobistych preferencji, ale w 95% pani Thénardierowa przyćmiewa Mastera. I tym razem wypadła naturalnie, ale przy tym miała w sobie coś karykaturalnego i jakąś taką wrodzoną zabawność. Thénardier z kolei niby był ok (bo nie powiem, że nie), ale czasami było u niego widać, że sam z siebie nie jest zabawny, tylko taki stara się być. No ale ogólnie, mimo tego że nie lubię tego wątku, całkiem udana była z nich para.

Samantha Barks (Eponine) - strasznie mi się podobała i w zasadzie nie wiem, co więcej mogła bym o niej powiedzieć. Grała bardzo naturalnie, przykuwała uwagę i wzruszała. Śpiewa również ślicznie i nie mam zupełnie żadnych zastrzeżeń. Chciałabym zobaczyć ją na żywo.

Ramin Karimloo (Enjorlas) - bardzo chciałam zobaczyć go w tej roli i cieszę się, że mogłam to zrobić - przynajmniej na ekranie. Nie zawiodłam się ani trochę. Jego Ężo nie był młodziakiem, który się porywa na coś tak o, żeby się pokazać. Widać było, że mądry z niego facet, wie czego chce i wie, co powinien zrobić. Zagrał bardzo dobrze, śpiewał również pięknie... chociaż uświadomił mi, że chyba jednak wolę Enjorlasów z wyższymi głosami (i zastanawiam się, czy to warunek ogólny, czy chodzi o Jona Robynsa, który jest wokalnie moim Eżo Namber Łan). Tak czy siak, Ramin fajnym jest i dobrze, że to jego wzięli do tej obsady.

Katie Hall (Cosette) - bardzo się cieszę, że ostatecznie to ona zagrała w koncercie, bo nie dość, że chciałam zobaczyć ją jeszcze raz, z bliska, to jeszcze jest naprawdę świetną Cosette. Ma w sobie ogromny wdzięk, do tego trochę zadziorności i - przede wszystkim - nie jest rozmytą, nudną dziewulką. Strasznie przyjemnie mi się na nią patrzyło, a śpiewała po prostu ślicznie. Wszystkie góry wyciągała bez problemu, z wielką lekkością i jeszcze cudownie w nich brzmiała. Podbiła mnie już samym początkiem "In my life", gdzie moim zdaniem zagrała po prostu genialnie. Jej Cosette to normalna zakochana dziewczyna, która potrafi też się wkurzyć kiedy trzeba, a nie tylko wzdycha...

...bo od wzdychania był kto inny. Nicka Jonasa (Marius) zostawiłam sobie na koniec, niczym wisienkę na torcie, gdyż w jego przypadku jest o czym mówić. Naprawdę chciałam zauważać u niego wszystkie pozytywy i nie skreślać go za to, że JEST Jonasem. Fakt faktem, że po wielu opiniach, jakie można znaleźć w internecie na temat jego Mariusa, nie było to łatwe. Tak czy siak ciągle powtarzałam sobie "na pewno nie jest aż tak źle". Niestety było źle. Bardzo. Dopóki oglądałam kiepskiej jakości bootlegi, było jeszcze jako tako, tym bardziej że wtedy nie oglądałam scen z towarzystwem ABC. Normalne nagranie pozbawiło mnie jakichkolwiek złudzeń. Nick może nie jest beztalenciem i coś tam umie, ale zestawienie go z TAKĄ obsadą, to wielka krzywda nie tylko dla widzów, ale i dla niego samego. Przez cały koncert miał jedną minę, no ale dobra... Załóżmy, że Marius i tak ciągle wzdycha, więc powiedzmy, że jedna mina smutnego psa jakoś przejdzie. Gorzej, że śpiew jeszcze bardziej go pogrążył, Przy Raminie brzmiał naprawdę słabo, Katie swoim (teoretycznie) delikatnym głosem zagłuszała go przy każdej okazji, że nie wspomnę o Samancie. Poza tym widać było, że nie dociąga niektórych gór i że po prostu się męczy. Każdy z panów z zespołu, który miał do zaśpiewania pół wersa w całym koncercie, śpiewał dużo lepiej od Jonasa. I wiem, że "bycie w chórze" wcale nie jest wyznacznikiem tego, że jest się gorszym, bo 90% z tych osób prawdopodobnie wymiata i to było słychać. Tylko po prostu boli fakt, że mając tyle zdolnych i doświadczonych osób po ręką, wybrali akurat Nicka. Bo tego nie zrozumiem. Tzn rozumiem, że Nick ma rzesze fanek, jest sławny, kochany przez tłumy itd. jednak nie sądzę, żeby mieli jakiekolwiek problemy ze sprzedaniem biletów na koncerty... no chyba, że chodziło o kasę z DVD, ok. Ale grało w Les Misach kilku Mariusów, którzy również byli znani, lubiani i mieli fanki, więc wydaje mi się, że gdyby wzięli np. Garetha Gatesa nie byłaby to dla nich wielka strata. ...a widzowie bardzo by na tym skorzystali i przede wszystkim mniej cierpieli. Bo oglądanie Jonasa w takim zestawieniu naprawdę bolało i pasował tam, jak pięść do nosa.

Wracając do tematów bardziej przyjemnych: Earl Carpenter bardzo fajnie sprawdził się w roli Bishopa ...i wcale nie dlatego, że jest Carpenterem. Ładnie brzmiał, fajnie zagrał to, co miał do zagrania i miło było go zobaczyć. Poza tym bardzo podobał mi się Bambatois - odpychająco obleśny, obrzydliwy i parszywy. Grantaire też wypadł fajnie i ładnie wyszła jego relacja z Enjorlasem. W "Drink with me" był raczej zrozpaczony, niż wściekły, a Ężo zamiast się na niego wściekać, po prostu starał się go pocieszyć. Ładne to było.

Podsumowując, koncert bardzo udany, a byłby bardziej udany gdyby naprawdę do tego rodzaju koncertów wybierali Dream Cast pod względem warunków scenicznych, a nie ilości fanek... Dobra, znowu o Jonasie, ale naprawdę ogromna to plama na honorze i w każdej scenie ze swoim udziałem psuł odbiór. A poza nim... Przyłożyli się do tego porządnie, włącznie z bisami i przemowami, które były ładne i nie przesadnie nadęte. Całość wypadła ładnie, zarówno sam koncert jak i nagranie, i bardzo przyjemnie się to ogląda. Teraz pozostaje obstawiać co pokażą na następnym jubileuszu...

PS. Chyba nigdy nie przekonam się do Frances Ruffelle w roli Eponiny.
PS 2. Zawiodłam się: Alistair nie trząsł się podczas śpiewania Sad


Ostatnio zmieniony przez Kuncyfuna dnia Nie 16:25, 22 Maj 2011, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum www.teatrmuzycznywgdyni.fora.pl Strona Główna -> Musicale Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3 ... 19, 20, 21, 22  Następny
Strona 20 z 22

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2002 phpBB Group, Theme by GhostNr1