Forum www.teatrmuzycznywgdyni.fora.pl Strona Główna
Zaloguj Rejestracja Profil Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości FAQ Szukaj Użytkownicy Grupy
Love Never Dies
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3, 4  Następny
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum www.teatrmuzycznywgdyni.fora.pl Strona Główna -> Musicale
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Kuncyfuna
Admin (KMTM)


Dołączył: 08 Mar 2008
Posty: 6841
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: ...z prowincji.

PostWysłany: Śro 15:52, 13 Sty 2010
PRZENIESIONY
Wto 16:27, 20 Kwi 2010    Temat postu:

O (nie)kontynuacji robi się głośno nawet u nas... Wczoraj wieczorem na AXNie natknęłam się na fragmenty piosenki promocyjnej oraz wypowiedzi Ramina, jego scenicznej partnerki i innych ludzi. Wszyscy powtarzali, że ALW pisze genialną muzykę i że Upiór sam w sobie jest genialny. Ramin powiedział nawet coś, że dawno temu przeczytał kontynuację UwO i już wtedy poczuł, że to coś dla niego i w jakiś sposób się z tym identyfikuje.. Shocked Rolling Eyes ALW prawdopodobnie też się wypowiadał, ale natknęłam się na końcówkę, tak że pewnie co nieco mnie ominęło. Widać, ktoś czuwa nade mną i moimi nerwami.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Kuncyfuna
Admin (KMTM)


Dołączył: 08 Mar 2008
Posty: 6841
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: ...z prowincji.

PostWysłany: Pią 18:36, 05 Mar 2010
PRZENIESIONY
Wto 16:28, 20 Kwi 2010    Temat postu:

...im więcej czytam o LND tym bardziej jestem przerażona. Właśnie przeczytałam szczegółową relację z I aktu i to, co się tam wyprawia to jakaś parodia... A najgorsze jest to, że ogólnie to nawet nie jest jakaś strasznie banalna i tandetna historia. Jednak myśl, że Meg i Madame Giry nagle są tymi złymi, które chcą zrobić wszystko, żeby uprzykrzyć życie Christine, czy nawet fakt, że Upiór ma dziecko, jest bardzo bolesna. Jak dla mnie, nawet bez oglądania - czytając same recenzje / relacje, etc - mogę stwierdzić, że "niekontynuacją" kompletnie pozbawili uroku, klimatu i tajemniczości pierwowzór. Pomijając to, że sama postać Upiora, w POTO tajemnicza i jakby trochę mistyczna, tutaj staje się zwykłym facetem z blizną na twarzy, który jest kierownikiem jakiegoś klubu(??)... jak dla mnie kompletne zbeszczeszczenie postaci Eryka jak i samego pierwowzoru.

...a najgorsze jest to, że gdyby zrobili z tego normalny spektakl, wykorzystując pana bez blizny (bo tu akurat sama szpetota nie jest bardzo istotna), nazywając postaci w inny sposób i nie napominając nic o POTO, prawdopodobnie wyszedłby z tego w miarę normalny, fajny (?) spektakl. ...no ale przecież wtedy by tyle nie zarobili... Rolling Eyes

Gdyby ktoś był zainteresowany to:
[link widoczny dla zalogowanych]!/photo.php?pid=11109812&id=172180285290&fbid=493067065290 - trochę fot z prób i samego spektaklu link się nie chce zrobić linkiem, więc trzeba kopiować...;
'Till I hear you sing' - clip doskonale odzwierciedlający LND Rolling Eyes (choć nie powiem, zarówno piosenka jak i wykonawca mi się podobają. ...ekhm.. ale to miał być Upiór, tak? Rolling Eyes );
PROFIL LND na YT (jest sporo filmików z prób i innych, jak ktoś chce pooglądać to jest co... Odważnym życzę wytrwałości... Ekhm... no to enjoy.

...kurde naprawdę szkoda tej muzyki. ...i Ramina.


Ostatnio zmieniony przez Kuncyfuna dnia Pią 18:44, 05 Mar 2010, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Draco Maleficium
Moderator (KMTM)


Dołączył: 08 Mar 2008
Posty: 4374
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Z Anatewki

PostWysłany: Pon 12:30, 19 Lip 2010    Temat postu:

"Love Never Dies" - rozszerzony materiał promocyjny - dla ciekawych. Dużo gadania o tym, jak LND rozwija głębię psychologiczną oryginału.

Ostatnio zmieniony przez Draco Maleficium dnia Pon 12:34, 19 Lip 2010, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Kuncyfuna
Admin (KMTM)


Dołączył: 08 Mar 2008
Posty: 6841
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: ...z prowincji.

PostWysłany: Pon 22:41, 23 Sie 2010    Temat postu:

...no i odmieniło mi się... choć nie do końca (żeby tu się jakieś domyślne herezje nie narodziły). Wraz z okolicznościami związanymi z faktem, że Draco miała zobaczyć LND, przyszły długie rozmowy na gg na temat powyższy, więc wypadało, żebym się zapoznała bliżej z tym tu koszmarkiem. No i tak żem zrobiła. Płyta z muzyką leci u mnie właściwie na okrągło od paru dni i muszę przyznać, że po głębszym wsłuchaniu, te utwory naprawdę są świetne. Nie jestem wielką znawczynią twórczości Webbera, ale z tego, co miałam okazję posłuchać (te wszystkie "Aspects of Love", "Starlight Express", etc), muzyka do LND jest najlepszą od wielu lat. Jest pełno fajnych kawałków, jak "Beauty Underneath", "Devil Takes the Hindmost", prześliczne "Why does she love me", czy "Till I Hear you sing" (chociaż tu takie a nie inne wykonanie bardzo dużo daje). Zresztą nawet "Bathing Beauty" jest całkiem w porządku, gdyby wsadzić to do innego spektaklu...i zmienić tekst. No właśnie. Tekst. Niestety z każdym kolejnym przesłuchaniem, rozumiem coraz więcej (choć wolałabym, żeby było odwrotnie). Nic się nie trzyma kupy, występuje banał za banałem. Pomijając już fakt, że twórcy się zamotali w tej nieszczęsnej odległości 10 lat między akcją z UwO a LND. Naprawdę nie mieści mi się w głowie kto to w ogóle wymyślił i jak można było zrobić tak banalne błędy w fabule, że już nie wspomnę o samej historii. Chyba nie każdy jest w stanie wymyślić coś tak idiotycznego... To naprawdę jest smutne, jak wiele dobrego materiału można zmarnować w tak bezsensowny sposób. Bardzo dobra muzyka, świetna obsada... Naprawdę można by zrobić z tego kolejny hit... Chociaż nie jestem fanką UwO i nie mam emocjonalnego stosunku do tego spektaklu, to jednak wkurzają mnie takie rzeczy i o. ...Yh... mimo wszystko chyba i tak chciałabym to zobaczyć. Dla Ramina, dla Gustawa i dla muzyki, prawdopodobnie z facepalmem przez 90% trwania spektaklu, no ale... Zaczęłam się głupio łudzić, że jak już (niedługo??) LND zejdzie z afisza, to ktoś się połapie, że zaliczył wpadkę i zrobi z tej muzyki inny spektakl, bo naprawdę szkoda jej...
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Draco Maleficium
Moderator (KMTM)


Dołączył: 08 Mar 2008
Posty: 4374
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Z Anatewki

PostWysłany: Wto 18:58, 24 Sie 2010    Temat postu:

Na specjalne zamówienie, i podejrzewam, że za poparciem ogółu, bo chyba wszyscy wolą z dziwnych powodów czytać w pierwszej kolejności o badziewiach, a potem o arcydziełach… Wink

Wtorek, 10.08.2010, 19:30, Adelphi Theatre

Początkowo w ogóle nie miałam w planach wylądować na widowni Adelphi, bo jako wierna phanka od czubka głowy po koniuszki palców u stóp przysięgłam sobie, że nie wydam ani grosza na to pogwałcenie zdrowego rozsądku i wszystkiego, co kocham w oryginale. Tak się jednak zdarzyło, że dzięki uprzejmości koleżanki poznanej przez Internet mogłam zobaczyć ten niesławny spektakl na własne oczy, nie łamiąc jednocześnie ślubu, więc chyba tylko głupi nie skorzystałby z takiej okazji. W efekcie „Love Never Dies” miało przyjemność być pierwszym spektaklem, jaki zobaczyłyśmy w Londynie, tym samym będąc swoistą inauguracją tygodnia, który zdecydowanie zaliczam do jednego z najbardziej magicznych i intensywnych w moim życiu. Czy zasługiwało na ten zaszczyt i odpowiednio przygotowało nas na to, co jeszcze miało nadejść? O dziwo, powiedziałabym, że tak, i że dobrze się stało, że LND widziałyśmy jako pierwsze, a nie ostatnie, bo w przeciwnym razie wrażenia wyniesione ze spektaklu mogłyby być jeszcze bardziej skrajne, niż już są.

Gdy już klamka zapadła i perspektywa obejrzenia tego spektaklu stała się faktem, po raz pierwszy przesłuchałam soundtrack (bo wypadałoby się przygotować) i aż wstyd się przyznać, ale po tym nakręcałam się i cieszyłam na ten wieczór coraz bardziej – prawdopodobnie zadziałało tu jakieś prawo o przyciągającej sile nienawiści. Muzyka, jak odkryłam z niemałym szokiem, jest w gruncie rzeczy *dobra* - a nawet powiedziałabym, że bardzo dobra. Z pewnością jest to najlepsza partytura Webbera od wielu lat. Od pierwszego przesłuchania zachwyciłam się „Beauty Underneath,” „Beneath a Moonless Sky,” „Why Does She Love Me,” „Devil Take the Hindmost,” nawet „Till I Hear You Sing,” które początkowo wydawało mi się nudnawe, rozkochało mnie w sobie – melodią, aranżacją i wokalami, co tyczy się również wszystkich wymienionych wyżej utworów, bo o tekście można napisać tylko, że jest żałosny. I tak utwory, które wydały mi się najpiękniejsze, są jednocześnie najbardziej absurdalne w treści… Ale o tym później, wszystko po kolei.

Teatr Adelphi jest raczej mały, jak większość teatrów West-endowskich, i w efekcie było raczej ciasno, co uniemożliwiło nam zamierzoną sesję fotograficzną z makabrycznym logiem, które w gigantycznych rozmiarach wisi nad głównym wejściem. Miałyśmy bardzo dobre miejsca w Dress Circle, skąd świetnie widać było całą scenę, animacje i efekty, jak i aktorów i ich mimikę (plota: koleżanka zdradziła, że te miejsca polecił jej sam Ramin, z którym jest ona w pewnej komitywie *feels-important*). Teatr nie należał do tych urządzonych w starym stylu z przepychem i bogactwem, ale za to miał bardzo eleganckie, błyszczące nowoczesnością, czarne wnętrza i już samo to, w kontraście do na-wskroś wiktoriańskiego Her Majesty’s, gdzie wystawiany jest „Upiór”, daje do myślenia, przez co wydaje mi się, że wybór akurat tego teatru nie jest bez znaczenia. Nie było kurtyny (która w ogóle była rzadkością z tego, co zobaczyłam na West Endzie), a zamiast tego scenę zasłaniał wielki ekran, na którym wyświetlana była – naturalnie – upiorna twarz Kryśkomatu z loga.

Spektakl zaczął się z małą obsuwą, ale w końcu światła pogasły, makabryczne logo zniknęło, a naszym oczom ukazało się molo o zmierzchu – tudzież bladym świtem, ciężko było powiedzieć, bo wszystko było szare, ponure. Muszę tu pochwalić pana Boba Crowleya odpowiedzialnego za scenografię, bo genialnie pokazano tu perspektywę – molo ciągnęło się daleko w tył, niknął mur zaklejony starymi plakatami, a ponure, białe sylwetki dawnego wesołego miasteczka majaczyły, malejąc, im dalej ciągnęło się molo. Nie jestem pewna, czy osiągnięto ten efekt przytłaczającej przestrzeni przez animacje, czy po prostu malowidło w tle, w każdym razie robiło to spore wrażenie. A na molo powoli spaceruje samotna sylwetka okutana szczelnie w czarny płaszcz, i czyta stare, wyblakłe plakaty – jest to Madame Giry, grana przez Liz Robertson. Zatrzymuje się przy afiszu prezentującym „Dziewczynę Ooh-La-La” i występ Sopranu Stulecia, Christine Daae. Szepcze cicho „Gone… All gone…” i jest to frazes, który w tym spektaklu pojawia się bardzo często. W tym momencie, nie wiadomo jak i skąd, bo wcześniej jakoś mi umknęli, zobaczyłam na scenie trzy leżące, czarne postaci, z których jedna z nich wstała i zaczęła robić Madame Giry wyrzuty, że to przez nią pożar strawił całe to miejsce, że to jej wina i tak dalej, i tak dalej. O ile pamięć mnie nie zwodzi, przeniesiono w to miejsce „That’s the place that you’ve ruined, you fool!”, które na albumie jest już po „Coney Island Waltz”. Jak się okazuje, leżące postaci są dawnymi „atrakcjami” Phantasmy, czyli cyrku dziwolągów na Coney Island, którzy teraz, skoro ich miejsce zatrudnienia popadło w ruinę, nie mają się gdzie podziać (wobec czego leżą tam nie-wiadomo-jak-długo i czekają na zbawienie. Logiczne, sama bym tak zrobiła.) Dziewczyna-dziwoląg (bardzo dobra Niamh Perry), usatysfakcjonowana zmyciem głowy szacownej damie, zaczyna cichym głosem śpiewać „Coney Island Waltz”, i tak, jak ma to miejsce w oryginalnym „Upiorze” (chociaż zrobione bardziej na modłę filmowej „Uwertury”), cofamy się powoli w czasie, a ruina zamienia się w porywający kolorami i efektami plac cudów zwany Phantasmą w takt melodii, która swoją drogą bardzo mi się podoba. Fakt, że Madame Giry ciągle jest widoczna w trakcie animacji pokazujących nam tę transformację i ogląda się wokół siebie z miną, jakby wokół niej stawał się cud, może oznaczać, że to, co zobaczymy za chwilę, będzie jej wspomnieniem.

Ten wstęp nie zwiastuje katastrofy. Ba, powiedziałabym nawet, że wytworzył ciekawy klimat swoją surową atmosferą – czuć było wyraźnie, że mamy do czynienia z degradacją, z ruiną marzenia, a ja mam sentyment do podobnych wątków. Ten początek łącznie z baśniowym przeniesieniem nas w przeszłość, dokonany za pomocą przepięknych animacji i świateł, wytworzył atmosferę pokręconego cyrku, a ja zawsze uważałam cyrki za coś bardzo tragikomicznego, surrealistycznego – tutaj ten surrealny, groteskowy, mroczno-komiczny element był jak najbardziej obecny, zarówno w potężnej muzyce wygrywanej wspaniale przez orkiestrę na żywo, jak i w zmieniających się dekoracjach, w kolorach, w animacjach. Podobało mi się to, przyznaję się bez bicia, bo wyglądało pięknie i jak z dzikiego snu; kiczowate, owszem, ale jak gdyby celowo kiczowate, więc w efekcie budzące sentymentalną sympatię. Paradoksalnie, przez to jestem bardziej wściekła, bo wtedy po raz pierwszy pomyślałam o LND w kontekście tragicznie zmarnowanego potencjału, i ten motyw przewijał się w mojej głowie przez całą resztę przedstawienia.

Pewnie większość z was wie, że w kręgach polskiego fandomu „Upiór” w wersji romowej zyskał sobie miano „Popiora z cyrku.” Być może obiło się to o uszy samego Lorda Webbera, bo w tym spektaklu mamy w pierwszej kolejności cyrk, i to na nim głównie wydają się polegać twórcy. Już na samym początku próbuje się nas olśnić efektownymi akrobacjami, kostiumami, które mogę opisać tylko jako „dazzling” i kiczowatą atmosferą taniego przepychu w duchu chicagowskiego „Razzle-dazzle,” które, jak już pisałam wyżej, kupiłam. Widać też, że ktoś nad tym spektaklem ciągle pracuje, bo zamiast „That’s the place that you’ve ruined” (przeniesionego do prologu, jak już wspomniałam), pierwszego „Heaven by the sea” (wycięte z I aktu całkowicie) i „Only for him/Only for you”, jak jest na albumie, przeskoczono od razu do prezentacji różnego rodzaju dziwolągów i zbiorowego, zmienionego i rozbudowanego „Only for you,” który zmienił się w numer witający gości w Phatnasmie. Dzięki temu po raz pierwszy widzimy Meg (świetna, choć mówiąca z obraźliwie amerykańskim akcentem Summer Strallen) jako wykonawczynię i gwiazdę tego freak show w skąpym i ciężkim od cekinów kostiumiku, a nie zestresowaną za kulisami, jak to ma miejsce na albumie. To znaczy, o ile dobrze to wszystko zapamiętałam, bo podczas ponownego przesłuchania albumu już po spektaklu te utwory kompletnie mi nie pasowały i nie pamiętałam, żebym widziała je na scenie, więc albo ja cierpię na wybiórczą amnezję, albo zmieniono to tak, jak to opisałam.

Po skończonym występie Meg biegnie do swojej garderoby, gdzie spotyka matkę, a ta uspokaja ją, że Szef z pewnością widział całe przedstawienie i naturalnie musi być z niej dumny. Pisałam już o akcencie Meg, która mówi jak typowa mieszkanka Nowego Jorku, i podkreślę to jeszcze raz, bo użycie akcentów w tym spektaklu jest nader ciekawe; powtórzono między innymi idiotyzm z filmu i Madame Giry jest jedyną, która mówi z wyraźnym francuskim akcentem, Christine i Raoul mówią za to jak brytyjskie wyższe sfery, Mr Y natomiast… cóż, on sam nie bardzo może się zdecydować, jak ma mówić, bo kiedy jest sam lub w towarzystwie osób „znajomych,” mówi eleganckim, neutralnym amerykańskim przypominającym nieco brytyjski, przy Gustawie natomiast przeskakuje w idiotyczne, cyrkowe amerykanizmy, jak gdyby bycie Panem Y tego od niego wymagało. Taka luźna obserwacja.

Wszyscy wiemy, że w LND obie Giry kreowane są na te złe, przy czym starsza przypomina inne wcielenie pani Danvers, młodsza zaś kreowana jest na zdesperowaną, niedocenianą psychofankę, ich krótki dialog można zatem spokojnie przeskoczyć, bo poza przedstawieniem nam obu kobiet w tych rolach nie wnosi nic interesującego do przedstawienia – skupmy się za to na tym, co następuje po chwili, bo animacja zabiera nas na najwyższą wieżę w Phantasmie ze szczytem rzeźbionym w rozdziawioną w uśmiechu, groteskową głowę klauna, oczy którego są oknami do pracowni Tego, Który Dawniej Był Upiorem Opery, A Teraz Robi w Wodewilu.
Jednak to nie jego widzimy w tej barwnej, dziwacznej pracowni przypominającej – właściwie nie wiem, co, nie potrafię tego porównać z niczym, co lepiej by to zobrazowało, więc lepiej chyba po prostu zerknijcie na videach promocyjnych i zdjęciach. Estetycznie było to bardzo ładne i ciekawe miejsce, naprawdę. Gdyby nie to, że urzędował tam *khekhym!* Upiór… W każdym razie, pana na zamku jeszcze nie ma, jest za to kobieta ze zwiewnym, złotym szalem, która zamaszyście nim potrząsa do wtóru mrocznej, niepokojącej i mistycznej muzyki. Jest to legendarny już Kryśkomat, ożywiony do tej jednej sceny, w której grany jest przez aktorkę, a w następnych zamieniony już na prawdziwą, woskową lalkę. Owszem, wyglądało to ładnie, ale jaki miało cel, Andrew jeden wie. Muzyka dalej gra, zapewne docelowo wprowadzając mroczno-tajemniczy klimat, a na scenę wkracza Ramin Karimloo w masce na pół twarzy, w koronkowej koszuli (która robi się coraz bardziej rozpięta i rozchełstana, im dalej w przedstawienie) i w czarnym szlafroczku, który wygląda jak żywcem zdjęty z Gerry’ego Butlera w scenie „I remem ber/Damn you” z filmu. Nie uszło też mojej uwagi, że włosy Upiora są dużo gęstsze i pofalowane, co wywołało piękną wizję Pana Y siedzącego przed lustrem i kręcącego loczki na peruce. Generalnie Upiór w oczywisty sposób starzeje się wstecz, co pokazuje dobitnie, że przypadek Benjamina Buttona nie był taki znowu wyjątkowy; walory fizyczne Ramina wyraźnie podkreślono, licząc zapewne na kwiki zachwytu tabunu fangirli, co jest kolejnym ukłonem w stronę filmu (ech, wyrządził on chyba więcej szkód, niż było z niego pożytku…). Kiedyś-Upiór podchodzi do swojej lalki, obserwuje ją, podchodzi do niej od tyłu i początkowo czule obejmuje, a po chwili muzyka zmienia się w złowrogą, a Ramin wyciąga znikąd kawałek sznurka i przydusza Kryśkomat, co zapewne miało pokazać rozterkę jego duszy, która tęskni i nienawidzi, no wiecie. Dokonawszy tego poetyckiego wyczynu, ustawia wokół lalki baldachim, skrywa ją za zasłoną i siada do pianina, próbując coś tam pisać i tworzyć, ale robi to z tak widoczną frustracją, że w oczywisty sposób niewiele mu z tego wychodzi, bo przecież jak on może tworzyć bez Christine?! W międzyczasie bawi się też z sobie tylko znanych powodów pistoletem i nawet w pewnym momencie przystawił go sobie do głowy… (ała). Ta mała, niema aktorska etiuda służy za wprowadzenie Upiora do fabuły i miała być zapewne tajemnicza i groźna, a wyszła dziwnie, pseudo-poetycko i trąciła kiczowatym melodramatem. Sfrustrowany Upiór zaczyna się wściekać, że przez dziesięć długich lat żył tylko fasadą życia (… to wszak), po czym zaczyna śpiewać „Till I hear you sing” bez żadnego innego wstępu. Uważam, że ta piosenka ma piękną melodię, zaaranżowana jest ślicznie i bardzo dobrze prezentuje już na samym wstępie cudowny, potężny wokal Ramina (który na żywo robi sto razy większe wrażenie, niż na nagraniach, jak zresztą jest w przypadku wszystkich), ale jej tekst jest tak bzdurny i banalny, że nie sposób ją traktować poważnie, a już zwłaszcza nie można jej w żaden sposób połączyć z postacią Upiora i z epilogiem oryginału, bo cały sens poświęcenia Christine i cudu, jakiego dokonała swoim pocałunkiem, jest błogo zignorowany (tak, wiem, że wszyscy to wiedzą, ale czuję wewnętrzną potrzebę podkreślenia tego jeszcze raz, bo oburzenie i zażenowanie we mnie bulgoce). Zaletą spektaklu na żywo jest jednak to, że – cóż, że jest na żywo, a muzyka i piękny wokal słuchany bezpośrednio ze sceny działa tak, że pozwoliłam sobie skupić się tylko na cudownym występie Ramina i spróbowałam zignorować treść, która prawdopodobnie w każdym mniej porywającym wykonaniu zrobiłaby z mózgu totalną gąbkę już na samym początku tej opery mydlanej. As it is, tylko silnie mnie zirytowała.

Kiedy popisom wokalnym Ramina stało się zadość, do gabinetu wparowały obie Giry – Meg rozświergotana i podniecona, Madame Giry… ciężko powiedzieć, jaka, po prostu wymownie Snująca Się. Dziewczyna Oooh-La-La domaga się feedbacku od szefa po swoim występie: czy jej kostium wyglądał odpowiednio, może powinna się trochę bardziej rozebrać (?!), może układ nie był do końca prawidłowy, ona to chętnie zmieni według sugestii – szczebiotała na tę modłę do melodii „Only for you,” nie zauważając w ogóle, że pan niekoniecznie jej słucha, aż do chwili, kiedy zirytowana (najwyraźniej na Upiora, nie na córkę) matka kazała jej przestać, bo przecież Pan pracuje i ma na głowie rzeczy ważniejsze od blond tancereczki, czy ona tego nie widzi? Upiór, o dziwo, wcale nie dawał po sobie poznać, że jest zajęty i cierpliwie stał podczas monologu Meg, zerkając tylko na papiery i pomrukując od czasu do czasu „Whatever you say” tonem męża mruczącego „Tak, kochanie, kupimy te czerwone zasłony, cokolwiek sobie życzysz.” Dopiero kiedy pani Danve… e, to znaczy, Madame Giry zaczęła robić wyrzuty niby to córce, a tak naprawdę jemu, że nie obchodzi go to, co robią i zamiast tego zamyka się tutaj, zareagował ostrzej i upomniał, że starsza pani się zapomina. To tylko jeszcze bardziej rozjuszyło kobietę, która, tknięta najwyraźniej jakimś olśnieniem, podbiegła do baldachimu i odsłoniła Kryśkomat. Tutaj następuje jej zdumione „Christine… Christine…?!” i dokończone w łagodno-smutny sposób przez Meg „Christine…” tak, jak znamy to z oryginału. Madame Giry każe córce wyjść, a kiedy Meg znika, spuszcza na Pana Y całą siłę swojej straszliwej furii, jednocześnie zgrabnie streszczając dla niekumanego widza, co się stało po ucieczce z Opery – że one go znalazły, że pomogły mu wyemigrować z kraju, że załatwiły pozwolenia i wszystkie papiery (jak, o tym dobitnie opowiada Meg na koniec II aktu… tak, domyśliliście się). Liz Robertson jest dobrą aktorką i wokalistką i podobałaby mi się w tej scenie, gdyby tylko nie była podpisana jako Madame Giry – nie, ja tego nie uznaję. Erik słucha tej litanii z rosnącym wkurwem, aż w końcu chwyta za pistolet, ryczy „That’s enough!” i przystawia go do piersi starszej pani. W tym momencie miałam ochotę wstać i klaskać. Ktoś tu przypomniał sobie o tym maleńkim szczególiku, że tak się jakoś dziwnie złożyło, że Upiór w oryginale był mordercą! Brawo! Niestety był to jedyny, nieśmiały przebłysk kanonu, który zaplątał się tam chyba przez przypadek, szukając Her Majesty’s. Po tej scenie, kiedy wściekły Erik wypędza Madame Giry, ostatnie resztki zdrowego rozsądku i jako takiej logiki pomachały nam na pożegnanie i wyszły z płaczem razem z nią. Pozostawiony sam sobie, Erik najwyraźniej doświadczył momentu zapalonej żarówki, bo nagle zaczął pisać list, który po chwili oddał do wysłania swoim trzem przybocznym dziwadłom (swoją drogą bardzo fajne trio, najprzyjemniejsze postaci tego koszmarka). Gdy oni wyszli, Ramin rzucił się w repryzę „Till I hear you sing,” a ja załapałam nie pierwszego i na pewno nie ostatniego tego wieczoru facepalma, bo w trakcie jego śpiewu spuszczono ekran, na którym pokazano czarno-białą animację panoramy Nowego Jorku, tak, że przez chwilę Upiór śpiewał na tle Statuy Wolności.

… Tak. Ekhym. Ale za to Ramin pięknie śpiewa…? *chrząka* Anyway!

Za ekranem zdążono zmienić scenografię, tak, że z Phantasmy przenieśliśmy się do jaskrawego portu, gdzie dominuje kolor żółty – widzimy trap i wejście na statek oraz oblegających je dziennikarzy czekających na wysiadających celebrytów (zespół w LND był naprawdę bardzo dobry i w tej scenie szczególnie mi się podobali, bardzo przekonujący jako wulgarne, amerykańskie sępy zwane potocznie prasą). Wysiada jedna gwiazda, druga, trzecia, dziennikarze ich zaczepiają, i nagle widzimy plecy kobiety ubranej w bogatą suknię w kolorach fioletu i różu (… trochę więcej falbanek, koronek i rozłożystości, a przypominałaby Carlottę w filmowych „Notes”) i w kapeluszu z piórem (oczywiście w tych samych kolorach), a ktoś z prasy krzyczy: „To ona, Christine Daae!” Zaczynają błyszczeć flesze, Christine (prześliczna i świetna Sierra Boggess) wychodzi, nieco oszołomiona, na ląd, a za nią wściekły Raoul (co, jak się okazuje, nie było niczym niezwykłym, gdyż bycie wkurzonym jest najwyraźniej jego podstawowym stanem egzystowania w tym spektaklu), który z miejsca odpędza dziennikarzy i warczy na nich, że zero zdjęć, pani nie nazywa się Daae, ale Wicehrabina de Chagny, i żadnych zdjęć chłopca – bo w tym momencie w otwarte ramiona matki wbiega Gustave, który jest ubrany jak Tom Felton w „Annie i Królu.” Nie wiem, który z sześciu chłopców grających tę rolę występował akurat tego wieczoru, więc nie chcąc podawać fałszywych informacji, przemilczę – wyglądał jednak na starszego, niż 10 lat, albo był po prostu bardzo wyrośnięty jak na swój wiek. Dziennikarze osaczają francuskie trio, zadają pytania, które trącą impertynencją, ktoś sugeruje, żeby zaśpiewała Yankie Doodle, a z Raoula szydzą, że sztuka jego żony płaci za jego długi ze stołu hazardowego – tym samym odmalowuje się przed nami piękny portret szczęśliwego małżeństwa de Chagnych *cough!cough!*. I tak to trwa, dopóki – i tu Dracze zaliczyła szczękę w dół, wybałuszenie oczu i nagły atak głupawki – na scenę nie wjeżdża wielka, kryształowa kareta. Bardzo wyraźnie plastikowa, zaprzężona w równie plastikowego konia, która wygląda, jak gdyby przyjechała prosto po odstawieniu na bal Kopciuszka i która na początku jest wyraźnie pusta, a z której wypełzają po kolei przyboczni Upiora, ci sami, którzy witają Madame Giry na molo w Prologu i służą za konferansjerów oraz artystów w Phantasmie. Do melodii „Beauty Underneath” zapraszają panstwo de Chagny na „podróż ich życia,” ale zanim wice hrabiostwo decyduje się wściąść, Raoul się piekli, a dziennikarze z radością kpią z „chwytu reklamowego tego cyrku na Coney.” Nie wiem, czyim pomysłem była ta kareta, ale ten ktoś powinien zdecydowanie przestać palić, cokolwiek palił, gdy nawiedziła go ta wizja… Za to Gustave był zachwycony i nie mógł się doczekać, aż zobaczy resztę dziwolągów i „cuda” Phantasmy.

Chwilę później, dosłownie w następnych sekundach, zmuszona byłam już nie tyle do facepalmu, co podniesienia brwi z niedowierzaniem i ataku jeszcze silniejszej głupawki, bo scenografia zniknęła, spuszczono ekran, a na nim uraczono nas animacją… mapy Nowego Jorku, na której czerwona strzałka pokazała nam trasę przebytą przez państwo de Chagny w karecie. What the…?! *zapluła się* I to jeszcze nie wszystko, bo ich wjazd do Phantasmy też został przedstawiony w formie animacji. Litości, błagam, jakbym chciała obejrzeć film, to bym sobie poszła do kina…

Potem widzimy pokój oddany do dyspozycji wicehrabiostwa i Christine już przebraną w biały, koronkowy szlafrok (a jakże), Raoula w samych szelkach pijącego wściekle coś-tam-alkoholowego i Gustave’a, który bawi się na podłodze nową zabawką-prezentem od Mr Y: pozytywką z małym Mozartem zamiast małpki (małpka awansowała, rozumiecie). Muszę tu podkreślić jedno: zanim zobaczyłam spektakl i znałam tylko ścieżkę dźwiękową, uważałam, że – jeśli przyjąć, że to się w ogóle trzyma kupy – Raoula nie skrzywdzono aż tak bardzo i że przyjmując linię myślenia Webbera i spółki, przedstawienie go jako przybitego wyrzutami sumienia, popadającego w alkoholizm z powodu świadomości, że nie może dać żonie tego, czego ona potrzebuje, złamanego przez sztuczne życie mężczyzny było nawet ciekawe i mogło się trzymać kupy. Kiedy jednak zobaczyłam tę jedną scenę, natychmiast zmieniłam zdanie – Raoul jest chyba najbardziej skrzywdzoną przez twórców postacią. Grający go Joseph Millson robił, co mógł, i ja wierzę, że jest dobrym aktorem, a na pewno świetnym wokalistą, ale to, jak ta postać została przedstawiona, uważam za niewybaczalne – on jest tu zwyczajnym draniem. Nie tyle przybity, co wiecznie wściekły (może jest w jakiś sposób spokrewniony z Mariusem…?), robiący wyrzuty wszystkim naokoło i plujący żółcią, wrzeszczący na żonę i z czystej złośliwości kopiący pozytywkę syna, kiedy ten prosi, żeby ojciec się z nim pobawił… To już jest przegięcie na całej linii. Rozumiem, że nie każdy lubi tę postać i że generalnie większość phanów uważa go za marnotrawienie miejsca, ale o ile może Raoul-bashing może przejść w fanfikach, w produkcji udającej oficjalną kontynuację takie pastwienie się nad postacią jest niewybaczalne. Kopie zabawkę własnego syna, że co, przepraszam?! Evil W tej sytuacji nawet jego komentarz „Must you make this racket,” kiedy Christine gra melodię „Love never dies,” nie śmieszy, bo nie ma tu autoironii ze strony twórców, a tylko dalsze demonizowanie Raoula poprzez pokazanie, jak to on totalnie nie zna się na muzyce. Taaa. *idzie krzyczeć i wyrywać włosy z głowy*

Pomijam już fakt, jak totalnie bezsensowny jest ten dialog. Posłuchajcie „What a dreadful town,” to sami się przekonacie.

Raoul wściekle odmaszerowuje wyżywać się na powietrzu za oknem, a Gustave pyta matki, czy tatuś go nie kocha. Christine bierze go w ramiona i uspokaja, że miłość nie zawsze musi być piękna, i śpiewa „Look with your heart,” które nie jest specjalnie zajmującym utworem i nie byłoby w nim nic ciekawego, gdyby nie to, że śpiewając o tym, żeby patrzeć sercem, Christine znacząco się zamyśla i w tym momencie widz zapewne ma pomyśleć: „Oooo, ona myśli o sytuacji między nią a Upiorem, jakie to znaczące! *wink-wink, nudne-nudge*”. *groan-groan*

Gustave wysłuchawszy banalnych nauk mamusi ucieka spać, a Christine zostaje sama – i w tym momencie rozlega się złowieszcza nuta, która niestety nie przeszła w główny motyw z „Upiora,” a szkoda, bo na to się zapowiadało; na balkonie zaczyna wirować mgła, drzwi do niego same się otwierają i tadaaam, stoi w nich nie kto inny, jak Kiedyś-Upiór.

Generalnie rzecz ujmując, tę scenę położono tak, jak tylko położyć ją można. Spotkanie po latach dwójki artystów, którą kiedyś połączyły tak dramatyczne losy, powinno mieć choć odrobinę więcej… emocji? Powagi? Znaczenia? Czegokolwiek? Tymczasem muzyka złowieszczo przygrywa, Upiór podchodzi do Christine z absolutnie nieruchomą twarzą, ona najpierw podnosi rękę, żeby go spoliczkować –gestem bardzo dramatycznym – on tę rękę łapie, ona się do niego przytula, potem go od siebie odpycha i ucieka za pianino, a on stoi sobie w miejscu, niewiele bardziej wymowny, niż stojąca za nim sofa. Zieew. Płasko, bez wyrazu, bez żadnego klimatu, a zamiast tego z posmakiem „Mody na Sukces”… Potem zaczyna się „Beneath a Moonless Sky.” Kto zna, ten wie, o czym ten piękny pod każdym innym względem, niż tekst, utwór opowiada. Dla tych szczęściarzy, którzy jeszcze nie wiedzą, cóż – duet ten jest wspominaniem nocy, w którą spłodzono Gustave’a. Tak. Christine i Upiór śpiewają duet o tym, jak to kiedyś w bezksiężycową i czarną jak smoła noc uprawiali seks, w wigilię ślubu Christine z Raoulem. Bo wiecie, ona go wtedy znalazła Bóg wie jak, zapewne wiedziona swoją wielką miłością, i oddała mu się, i była pasja, i była miłość i namiętność i wild monkey sex, z tego, co sugerują nam twórcy. Piękna melodia i masakryczny tekst, który sprowadza się do „Ja cię dotknęłam/Ja cię poczułem/Ja cię pocałowałam/Ja cię pieściłem/Ja cię kochałam/Ja cię kochałem/Ja cię zostawiłem/Ty mnie zostawiłeś/Jeszcze raz i jeszcze raz”. [komentarz ocenzurowano]. Bo twórcy każą nam uwierzyć, że potem, kiedy Christine już zasnęła, nasycona i błoga, Upiór się przeraził i uciekł, zostawiając ją.
I teraz zatrzymajmy się na moment i pomyślmy, czego najwyraźniej nie zrobili twórcy tego musicalu. Christine była wtedy dziewicą. W dodatku dziewicą żyjącą w XIX wieku. Miała reputację czystej, niewinnej, porządnej i wrażliwej dziewczyny. A jednak poszła, pozwoliła się posiąść Erykowi, przepełniona miłością do niego i gotowa z nadejściem świtu uciec z nim gdziekolwiek, gdzie ją poprowadzi (jeśli wierzyć temu, co śpiewa). Już samo to jest tak bzdurne i krzywdzące, że się w głowie nie mieści, bo robi z niej ni mniej, ni więcej, tylko tanią dziwkę; natomiast uciekając od niej wtedy, Upiór wyrządził jej chyba największą krzywdę i obraził w najcięższy sposób, w jaki mógł ją obrazić mężczyzna w tamtej epoce. Ona po czymś takim nie miała prawa witać go z jakimkolwiek śladem miłości czy czułości – ona powinna go była znienawidzić. Tym bardziej, jeśli wierzyć zamierzeniom twórców i przyjąć, że zostawił ją z dzieckiem (chociaż jakim cudem ona mogła być pewna, że to akurat jego syn, skoro z nastaniem następnego dnia wyszła za Raoula, przekracza moje zdolności pojmowania). W dodatku „Beneath a moonless sky” wcale nie świadczy o bezwarunkowej miłości Christine, bo – jak oboje wielokrotnie podkreślają – było wtedy tak ciemno, że nie można było nic zobaczyć, więc Christine nie była zmuszona oglądać twarzy Erika = wcale niekoniecznie pozbyła się przed nim wstrętu, a sam akt nabiera obrzydliwego wydźwięku seksu z litości/zwykłego zaspokojenia żądzy. Biorąc to wszystko pod uwagę, BAMS jest chyba najokrutniejszym, najbardziej bzdurnym, obraźliwym, głupim i krzywdzącym numerem całego spektaklu. Tym bardziej boli mnie, że w wykonaniu Sierry i Ramina, których piękne głosy rozkwitły w nim potężnie i dosłownie pieściły zmysły, był też najpiękniejszym… Bo na żywo brzmiało to absolutnie przepięknie; melodia, orkiestra, ich głosy, ich gra. To jest okrutne, panie Webber, naprawdę okrutne. Tak się nie robi.

Czy zatem między tą dwójką jest miłość, która nigdy nie umiera? Nie. Jest jej trup, tylko wspomnienie, wskrzeszone dla tego jednego numeru. Christine sama przyznaje: „How can you talk of now? For us there is only the past,” po czym wychodzi na balkon, a Upiór idzie za nią, żeby odśpiewać całkiem już nie-imponujące i nieciekawe – zwłaszcza w porównaniu z poprzednikiem – „Once upon another time,” w którym jasno widać, że Christine zdecydowana jest zostawić tę przeszłość za sobą, a i Ramin jako Upiór nie pokazuje jakiejś głębszej namiętności, mając przy sobie swoją rzekomą obsesję. Tu już nie ma miłości, widać to jak na dłoni. Miłość umarła dawno temu, a teraz jest – echo, przyzwyczajenie, wspomnienie przywołane na siłę.
Przeszkadza im Gustave, który z krzykiem wpada do pokoju matki i płacze, że przyśnił mu się koszmar o jakiejś dziwnej osobie wpychającej go do wody (foreshadowing, *wzdech*). Christine nie jest pewna, jak przedstawić Upiora, na co Ramin sam ogłasza, że jest Mr Y, wskakując w manierę amerykańskiego show-biznesmena *Dracze zgrzyta zębami*. Obiecuje małemu, że pokaże mu całą Phantasmę wraz z jej cudami, i odchodzi.

Następnego dnia widzimy Meg ćwiczącą wraz ze swoim chórkiem numer na wielką galę („Bathing Beauty”… więcej o nim później *złowieszczy błysk w oku zwiastujący burzę*). Summer Strallen ogólnie jest bardzo dobra w tym, co dostała do zagrania i zaśpiewania, a ta scena w jej wykonaniu podobała mi się chyba najbardziej; matka mówi jej, że Pan znowu zaczął komponować, i już nie te tanie wodewilowe numery, ale jakąś wzniosłą arię, być może dla niej (ta, yhy), więc ona jest cała podniecona i leci ćwiczyć. W tym czasie zjawiają się Christine z Gustave’em, którzy szukają garderoby, organizatora i tak dalej. Christine zwraca się do Meg, która po chwili ją rozpoznaje… „My dear old friend,” które się w ten sposób rozpoczęło, uważam za naprawdę dobry numer. Humorystyczny, z przyjemną melodią i ślicznymi harmoniami, pokazuje w przyjemny sposób, jak mogłoby wyglądać takie spotkanie po latach (oczywiście w realiach LND…). Summer i Sierra stworzyły tu naprawdę fajną relację, która na początku opiera się na prawdziwej radości z widoku przyjaciółki, a potem przeradza się w zazdrość i niechęć, kiedy Meg dowiaduje się, że to właśnie Christine ma zaśpiewać jako gwiazda na gali – i to w dodatku arię. Podobała mi się relacja dziewczyn, kiedy jedna śpiewa: „Look at you, a star!” a druga na to, z pewnym wahaniem: „And you, a wife!” jak gdyby szydziła i zazdrościła jednocześnie, a potem obie śpiewają odwrócone od siebie „And isn’t life a splendid thing” jakby każda zazdrościła tej drugiej jej obecnej sytuacji. W międzyczasie Raoul, znowu wściekły, natyka się na Madame Giry i pokazuje jej kontrakt, dowiadując się jednocześnie, kto dokładnie ich zatrudnił, przez co znowu wyładowuje swoją agresję na żonie. Utwór zamienia się w kwartet i został zagrany i zaśpiewany tak przyjemnie, że przymknęłam oko na ewidentny absurd. Podsumowując, była to jedna z najmniej bolesnych scen.

Tymczasem Gustave się gdzieś zapodział – a konkretnie, jakimś cudem udało mu się trafić do gabinetu pana Y. Co prawda zwabiła go tam cyrkowa trójka, ale bez wiedzy rodziców… (pedofilia-alert?). Upiór już tam na niego czeka. W gabinecie pełno jest osobliwości (najwyraźniej Upiór dał sobie spokój z muzyką i zamiast tego tworzy teraz dziwaczne mechanizmy pomiędzy pisaniem kiczowatych wodewilowych kawałków), typu szkielet na nogach kobiety pchający wózek czy dziwne gorylopodobne coś zainstalowane na organach. Gustave widzi fortepian i pyta, czy może zagrać, po czym zaczyna się „Beautiful.” Muszę powiedzieć, że nasz Gustave był bardzo dobry – śpiewał jeszcze lepiej, niż na płycie, grał też bardzo dobrze zważywszy na okoliczności. W rankingu dziecięcych aktorów, których sporo zobaczyłyśmy tego tygodnia na West Endzie, zajmuje drugie miejsce za młodymi z „Billy’ego Elliota.” Relacja między nim a Raminem byłaby naprawdę dobra, gdyby nie okoliczności – a okoliczności były takie, że słysząc grę małego, Upiór zakrzyknął „He plays like me!” XD A potem było jeszcze lepiej – Erik cofa się tyłem do grającego dziecka, mówiąc do siebie, że taki talent, a chłopak ma przecież tylko dziesięć lat… zaraz, zaraz… <olśnienie> DZIESIĘĆ LAT!</olśnienie>. Padłam. Po prostu padłam. Większego i bardziej bezsensownego banału nie można było wymyślić. I banał trwał dalej, gdyż rozpoczęło się „Beauty Underneath”… które uwielbiam jako piosenkę samą w sobie, bo ma świetną aranżację, melodię, rockowy pazur, odjechany klimat, no i Ramin w niej po prostu wymiata, a na żywo był po prostu fenomenalny. Tekst też uważam za dobry – gdyby nie fakt, że on to śpiewa do 10-letniego dziecka. Nie, on nie powinien tego śpiewać do dziecka. Ten utwór powinien dzielić z bratnią duszą, z równie jak on świadomym i rozwiniętym artystą, który widzi tak, jak on – jest tu taki potencjał, jest ekstatyczna radość granicząca z szaleństwem, że jest jeszcze ktoś, kto potrafi, że tak powiem, dosłyszeć muzykę nocy. Dzielony z dzieckiem, ten duet nabiera nieprzyzwoitego wydźwięku. W dodatku to, co dzieje się na scenie w jego trakcie, to czysta groteska – mechaniczny goryl nagle ożywa i zaczyna grać na organach, i to dwiema parami rąk, bo z jego brzucha wyskoczyły dodatkowe; dekoracja ze złotych twarzy ożywa i wszystkie te twarze zaczynają ruszać się tak, jak mogłaby ruszać się twarz ludzka; szkielet z nogami kobiety wraca na scenę; paw wiszący z sufitu samoistnie rozwija skrzydła; z boku wchodzi dziwna postać z wyglądu przypominająca Inspektora Javerta (!! – płaszcz, włoski związane w kokardkę…), której z brzucha też wyskakują ręce, tym razem zakończone długimi szponami… Krótko mówiąc, piękno wewnętrzne na scenie nie polega na sztuce czy na muzyce, ale na surrealnym, groteskowym, cyrkowym horrorze. Przykro, że do tego stopnia zdegradowano kogoś, kto napisał „Don Juana Triumfującego” i że teraz to, nie sztuka wykraczająca poza granice ludzkiego pojmowania, jest jego światem… Orgazmiczny utwór tymczasem trwa, nakręca się Upiór, nakręca się Gustave, który ściąga nagle kurtkę i zaczyna nią ekstatycznie wymachiwać nad głową (że CO?!); Erik daje się ponieść do tego stopnia, że wpaja sam sobie, że skoro mały widzi świat tak, jak on (co automatycznie oznacza, że musi być jego synem, oczywiście), to nie przestraszy się jego twarzy i dostrzeże beauty underneath. W punkcie kulminacyjnym więc jednym ruchem zdziera maskę i perukę, nie widząc, że w międzyczasie na górę wbiega Christine… A mały na jego widok wrzeszczy przeraźliwie i ucieka. To by było na tyle, jeśli idzie o pokrewieństwo dusz...

Potem zaczyna się scena żywcem przeniesiona z melodramatu. „Myślałaś, że się nie domyślę?!” piekli się Upiór. „Czemu mi nic nie powiedziałaś?!” Christine przyznaje, że to jego syn, a Erik wpada w… euforię. Oświadcza, że skoro ma syna, zostawi mu wszystko, co ma (czyli ten kiczowaty cyrk, tak?), będzie miał następcę, jak fajnie, jak cudownie. Bo oczywiście pasuje to do Erika, prawda? …? Tak myślałam. Kanoniczny Upiór na wieść o synu ucieszyłby się zapewne tak, jak ja na wieść o powstaniu LND. Ale czego ja wymagam, po tym wszystkim, co do tej pory zobaczyłam, powinnam już dawno wiedzieć, że w tym dziele kanon i logika poszły się kochać.

To jednak jeszcze nie koniec męczarni pierwszego aktu, bowiem po wyjściu Erika i Christine do gabinetu wpada wściekła Madame Giry, a za nią wlecze się Meg. Szacowna dama szaleje: jak to, on odda wszystko, co ma temu szczeniakowi, a im nic się nie dostanie?! Porwana gniewem, chwyta kurtkę Gustave’a i dramatycznym gestem zrzuca ją ze schodów – ach, to napięcie, te emocje…! Sama po chwili odchodzi w dół, a Meg podbiega do balustrady, wychyla się i dramatycznym gestem wyciąga dłonie w dół, jak gdyby kogoś w ten sposób wołała. Symbolika tego gestu umknęła mi całkowicie, ale na szczęście wtedy światła na scenie zgasły, widownię zalało światło…

… a my w milczeniu spojrzałyśmy po sobie, po czym jednocześnie zaczęłyśmy się śmiać. Chociaż to wcale nie było śmieszne. To było bolesne. A mimo wszystko dopadła nas głupawka nad głupawkami, która dopiero po drugim akcie zmieniła się w płacz i zgrzytanie zębów…

[ciąg dalszy absurdu nastąpi, jak tylko odzyskam czucie w rękach i jak tylko mój mózg się zresetuje]


Ostatnio zmieniony przez Draco Maleficium dnia Wto 21:43, 24 Sie 2010, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Draco Maleficium
Moderator (KMTM)


Dołączył: 08 Mar 2008
Posty: 4374
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Z Anatewki

PostWysłany: Śro 15:20, 25 Sie 2010    Temat postu:

Akt II

Gdy już wszyscy, którzy mieli kupić lody, picie i inne przysmaki, kupili je i usadowili się z powrotem (jak ja nie lubię tych zachodnich zwyczajów…), przywitała nas orkiestra, która przez cały spektakl była rewelacyjna, i umiliła nam czas, grając medley antraktowy. Słuchanie tej muzyki bez tekstu to była ulga niewypowiedziana, ale niestety krótkotrwała, bo chwilę później światła gasną, a na scenie przez powoli podnoszący się ekran widzimy…

… Raoul jest w tej wersji alkoholikiem, jak już wszyscy dobrze wiedzą. Siedzi na krześle barowym w otwartej knajpce pod molem (po raz kolejny bardzo fajne użycie perspektywy), usadowiony tak, że jest twarzą do publiczności, a tyłem do barmana, jednak w takiej pozie, że nie wyglądało to sztucznie, a wręcz bardzo naturalnie – i śpiewa „Why does she love me?”. Uważam ten utwór za piękny. Nawet tekst jest jakoś tak mniej banalny, niż reszta, chociaż fragment o noszeniu maski - ?!. W każdym razie, był to zdecydowanie najlepszy moment Josepha Millsona, który grał tu bardzo sugestywnie i śpiewał świetnie. Pozwolono mu tutaj nie być chronicznie wściekłym na wszystko wokół, co bardzo pomogło i w rezultacie Joseph zbudował przygnębiającą atmosferę oraz odmalował przed nami postać mężczyzny, który wie, że nie jest kochany, że nie potrafi dać żonie tego, czego ona potrzebuje, że on nie może jej w żaden sposób wystarczać, i targają nim wyrzuty sumienia. Gdzieś czytałam, że Raoul w tej wersji budzi dużo większą sympatię, niż w oryginale, i gdybym znała tylko tę piosenkę, być może bym się zgodziła – ale po jego zachowaniu w I akcie naprawdę nie mogę tego przełknąć i nie chciałabym być tego rodzaju osobą, w której podobny Raoul – kopiący dzieciom zabawki, targający żonę, wrzeszczący na oboje i pogrążony w alkoholu – mógłby budzić sympatię. „Why does she love me” oderwane od całości – być może, Raoul w całym spektaklu – śmiech na sali, bo w kontekście całego spektaklu ta scena wypada tak bzdurnie, oklepanie i melodramatycznie, że „Moda na Sukces” by się nie powstydziła. Biedny Wicehrabio, co oni z tobą zrobili…

W każdym razie Raoul dzieli się swoim weltschmerzem z barmanem, który pyta: I co ja mam z tobą zrobić, stary? Joseph podchwytuje i pyta: „No właśnie, co ze mną zrobić? Bo to przecież chodzi, prawda?” – wypowiadając zapewne na głos myśli samych twórców, którzy nie mieli pojęcia, co zrobić z tym piątym kołem u wozu. Przyjazny barman (bardzo przyjemnie odegrany przez jednego z członków zespołu) o świadcza, że zaraz koniec jego zmiany i że zastąpi go kolega, i rzeczywiście wkrótce potem pojawia się nowy barman, który staje za ladą i spogląda na Raoula od niechcenia, zabierając się do wycierania szklanek i czyszczenia lustra. Ma trochę dziwnie wyglądającą twarz… (Widzowie: Oooo, coś się święci! Dracze: ….. .) Raoul dalej smęci do kieliszka, a tymczasem do knajpy wpada dziarsko Summer Strallen w czerwono-czarnym kostiumie kąpielowym, z ręcznikiem i mokrymi włosami, i żąda kawy, bo zaraz zamarznie. Między starymi znajomymi wywiązuje się cicha rozmowa, podczas której Meg wyjaśnia, że lubi się wykąpać sama, bo w wodzie może zostawić swój ból (… a ma co zostawiać, jak się dowiemy później… *jęk*). Po chwili podobnie bezsensownego dialogu wręcza Raoulowi kopertę od Madame Giry (bo silly me, zapomniałam dodać, że wcześniej była mała scenka z przekazaniem Meg listu przez matkę) – w kopercie jest żarliwa prośba, żeby Raoul zabrał swoją rodzinę i uciekał jak najszybciej. Dołączone też były bilety na prom do Francji, który odpływał tej nocy. Meg dołącza się do prośby matki i sama nalega, żeby państwo de Chagny wyjechali i „zostawili ból w tyle”. Summer jest naprawdę świetną aktorką i wokalistką i pomimo banałów, jakie kazali jej wygłaszać, bardzo mi się w tych scenach podobała, bo potrafiła wycisnąć z tego tyle sensu, ile się dało, żeby w jakiś-tam sposób uwiarygodnić swoją postać. Odchodzi, a Raoul, znowu w swoim normalnym stanie, czyli w napadzie wściekłości, krzyczy, biegnąc za nią do drzwi, że nie ucieknie, bo się nie boi, bo już raz Go pokonał…!

Na te słowa barman, którego celowo uważnie obserwowałam wiedząc z góry, co się święci, i który wcześniej zanurkował pod ladę i kiedy wychynął spod niej na nowo, stał ciągle odwrócony tyłem do swoich klientów i powoli czyścił lustro, odwrócił się teraz i –TUUUUUUM, dumdumdumdumduuuuum, to Upiór! I to w dodatku bez maski, ze swoją szpetną połową twarzy przykrytą tylko częściowo zmierzwioną peruką (teh hell?). Okazuje się, że wcześniej owszem, miał maskę, ale maskę z normalną twarzą, dlatego wyglądała tak dziwnie, o! (Widzowie: Aaaaaa! Dracze: … *headdesk*). Raoul na jego widok z wrażenia poleciał do tyłu na framugę drzwi, na co Ramin uśmiechnął się diabelsko i… pomachał mu samymi paluszkami. Upiór zachowujący się na poziomie pięciolatka, a myślałam, że wszystko już było…

Potem następuje „Devil take the hindmost,” kolejny świetny utwór z doczepioną do niego bzdurną sytuacją. Naprawdę szkoda mi tych wykonawców; zarówno Ramin, jak i Joseph dawali z siebie wszystko, brzmieli cudownie i grali z przekonaniem, orkiestra na żywo, świetna melodia wyciskały z tego wszystko, co możliwe, ale sam tekst jest kolejnym wielkim, oklepanym banałem, a sytuacja mogłaby być równie dobrze wyjęta z książki autorstwa Stephanie Meyer. Mamy dwóch panów kochających tę samą kobietę, którzy po dziesięciu latach dalej gotowi są rywalizować o jej względy i decydują się na zakład o nią, oczywiście manipulując nią i decydując o jej losach bez jej zgody czy chociażby wiedzy. Zakład jest bardzo prosty: jeśli Christine zaśpiewa na gali, wygrywa Mr Y, a Raoul samotnie odpływa do Francji, a jeśli nie zaśpiewa, odejdą całą trójką, a Upiór spłaci wszystkie ich długi. I teraz niech ktoś spróbuje za mnie ogarnąć ogrom bezsensu tego zakładu, bo ja nie potrafię sobie w ogóle wyobrazić, jak jakikolwiek mężczyzna mający choć trochę rozumu mógłby się zgodzić na coś takiego i położyć na szali życie nie tylko swoje, ale i całej swojej rodziny, w dodatku traktując to poważnie… Nie, ja tego nie rozumiem, tego nie można nawet zwalić na alkohol. Poza tym, można by pomyśleć, że chociaż w konfrontacji z Raoulem stary Upiór spróbuje przedostać się na powierzchnię – a gdzie tam, płonne nadzieje. Role w tej piosence całkowicie się odwróciły. To Raoul jest tutaj tym miotającym się w bezradnej wściekłości i plującym żółcią, Upiór tymczasem jest całkowicie cool i panuje nad sytuacją, a kiedy Raoul obraża jego wygląd, śmieje się tylko z pogardą (prawdziwy Erik nie puściłby czegoś takiego płazem i skończyłoby się lassem z Punjabu). Te odwrócone role podkreśla wygląd obu panów: tutaj to Raoul wygląda dużo starzej, Upiór zaś emanuje witalnością 20-parolatka…

Cała ta scena kończy się tym, że Raoul, przerażony tym, na co się zgodził, zdaje sobie sprawę, że do koncertu pozostało mało czasu, i biegnie – gdzieś, zapewne do żony, choć tu widz musi się już sam domyślić.

Po tym wita nas całkowita zmiana scenerii. „Heaven by the sea” śpiewane jest przez zespół Amerykanów na plaży ubranych w ówczesne kostiumy kąpielowe w biało-niebieskie paski i utrzymane całościowo w tej kolorystyce. Nagle jest bardzo jasno, jaskrawo i wesoło, a w tle widać biały piasek, odległe molo, a jeszcze dalej majaczące wieże i młyńskie koło Phantasmy. Plażowicze są zachwyceni, jest wesoło, przyjemnie i całkowicie jak z innego musicalu, być może wytwórni Disneya, bo do Upiora, a nawet do LND, pasuje ten przerywnik jak Krolock do „High School Musical.” Na tym etapie myślałam, że piosenki bardziej o niczym nie da się napisać, ale przede mną ciągle jeszcze było „Bathing Beauty”… W każdym razie, nagle jeden z młodszych plażowiczów wskazuje na niego i krzyczy, że uwaga, coś tam leci, na co cała wesoła gromada rozbiega się na boki, żeby zrobić miejsce dla balonu z przybocznymi dziwolągami Upiora (naprawdę ich lubię, cała trójka była cudna), którzy śpiewając tajemniczo „Ladies, Gents!”, rozrzucają wokół ulotki mające skusić ludzi do przyjścia na wielką galę z atrakcjami, o których nikomu się nie śniło. Niestety z miejsca, gdzie siedziałam, złapanie ulotki wymagałoby zdolności inspektora Gadgeta, więc uwierzyłam im na słowo. Balon odlatuje do dźwięków „Coney Island Waltz”, ulotki zostają pieczołowicie pozbierane przez członków zespołu, i dziwaczny przerywnik dobiega miłosiernie końca. Animacje zabierają nas z powrotem do wrót Phantasmy…

… po czym następuje moment, w którym durnota tego przedstawienia osiąga wyżyny żenady, przynajmniej, jak na ten moment. Trójka naszych znajomych konferansjerów zapowiada występ sopranu stulecia, Christine Daae, ale najpierw coś dla tych, których gusta są nieco bardziej przyziemne: Dziewczyna Oooh-La-La, niezrównana Meg Giry…! Słuchaliście „Bathing Beauty”? Jeśli tak, to znacie mój ból i nic już więcej nie muszę wyjaśniać. Jeśli nie – na litość, przez wzgląd na samych siebie i na wasze nienarodzone lub narodzone dzieci, NIE RÓBCIE TEGO! Ciężko znaleźć przykład większego, zżerającego mózg debilizmu, nawet, jak na LND-owe standardy (*w głowie zaświtał jej Edłord, czerwona kanapa i inne chwalebne przykłady współczesnej kultury* … no dobrze, może nie tak ciężko, ale BB zdecydowanie plasuje się wysoko w tym rankingu!). O czym opowiada numer popisowy Meg? O tym, że poszła na plażę, ale nie mogła się zdecydować na odpowiedni kostium kąpielowy, wobec tego wzięła wszystkie. Zły los uwziął się jednak na naszą biedną heroinę, bo po dotarciu na plażę odkryła, że – o zgrozo! o hańbo! – nie ma się tam gdzie przebrać! Ale nic to, heroina dzielną jest i mądrą, nie straszna jej taka przeszkoda, bo przecież nie bez kozery ma ręcznik plażowy i przyjaciółki! I tak oto widzimy Meg, która za osłoną ręcznika podtrzymywanego przez umięśnionych marynarzy, śpiewając niczym dziewka barowa, zmienia kolejno w błyskawicznym tempie kostiumy kąpielowe, a wokół niej skaczą i piszczą chorus girls śpiewające najbardziej wstrętnym, nosowym i gęgającym amerykańskim, jaki można sobie wyobrazić. Dobra, natychmiastowe zmiany kostiumów robiły wrażenie. Ale. Na. Litość…! A jakby tego było mało, na końcu Meg w ogóle ściąga stanik i tańczy topless, chociaż tyłem do widowni.

I ja w tym momencie padam, poddaję się, wywieszam białą flagę. Moja psychika po tym numerze długo wracała do siebie i nawet teraz nie jestem w stanie zdobyć się na komentarz, który oddałby ogrom tego… tego… TEGO…!! Nie, to bez sensu, nie ma co nawet próbować, wszystkie porównania bledną, wszystkie gromy nieba nie oddałyby adekwatnie moich uczuć względem „Bathing Beauty.” Wobec tego zamilknę i niech cisza dźwięczy wyraźniej, niż słowa. Biedna, biedna Meg. A wiecie, co jest jeszcze gorsze? Co absolutnie zwija mi wnętrzności w ataku szewskiej pasji i zmusza do wściekłego śmiechu przez łzy? Że twórcy oczekują od widza, żeby ten uwierzył, że BB napisał Upiór. U-P-I-Ó-R. Mamy przyjąć do wiadomości, że Erik, TEN Erik, siadł i skomponował „Bathing Beauty,” zapewne również napisał tekst. Jesteście w stanie to ogarnąć? Ja nie. Czara się przelała. To już naprawdę zbyt wiele jak na moje rezerwy tolerowania głupoty. Gdzie mój pistolet…!

[po jakimś czasie]

… No dobra, pozbyłam się piany z ust. Możemy brnąć dalej.
Po skończonym występie Meg biegnie do swojej garderoby, do matki, wypytywać się, jak było, czy się podobało, dawała z siebie wszystko, czy On oglądał… A Madame Giry z wielkim smutkiem przywołuje ją do porządku i wyznaje, że Pan nic nie widział, bo cały czas siedział w garderobie Christine. „We have all been replaced,” kwituje starsza dama, Meg krzyczy żałośnie „No!”, a my widzimy z drugiej strony garderobę Christine (oczywiście ukazano nam też kontrast – wypaśna, pięknie rzeźbiona toaletka Christine kontra drewniana, uboga toaletka Meg, khy, khy!) – widzimy śpiewaczkę przez lustro, którego nie ma, jak się maluje, pudruje, przygotowuje do występu, prosi Gustave’a, żeby podał jej kolczyki i pyta się syna, jak wygląda. Gustave odpowiada oczywiście do melodii „Beautiful,” że pięknie i w ogóle. I mały miał rację: Sierra jest piękną kobietą, a w LND rzeczywiście cały czas wyglądała prześlicznie. Ich relacja była przyjemna do oglądania – Sierra w całym spektaklu grała Christine przede wszystkim jako matkę, nie tylko Gustave’a, ale wręcz całego świata, tyle w niej było ciepła, cierpliwości, opiekuńczości, łagodności, serdeczności – i ani krzty własnej woli w tym wszystkim, zupełnie, jak gdyby bycie żoną i matką automatycznie wymazało jej własną osobowość. Pomimo to Christine pozostaje najmniej skrzywdzoną postacią tego spektaklu, przez co najmniej zmienioną – dalej jest manipulowana, dalej nie ma nic do powiedzenia w intrygach mężczyzn, dalej służy tylko za figurę, za symbol, z tym, że jeszcze bardziej. Szumne zapowiedzi pogłębienia psychiki tej postaci w jej przypadku spełzły tylko na utwierdzeniu jej w roli bezwolnej, biernej ofiary, w stopniu jeszcze większym, niż w oryginalnej historii. W tej scenie, kiedy szykuje się do swojego wielkiego powrotu na deski sceny, widać to bardzo jaskrawo, bo śpiewaczka myśli nie tyle o tym, że zaśpiewa publicznie po raz pierwszy od tylu lat, ale o tym, żeby Gustave nie oddalał się za bardzo podczas zabawy. W międzyczasie w garderobie zjawia się Raoul, odmieniony nie do poznania: we fraku, pod muszką, z włosami ulizanymi do tyłu, choć z twarzą wciąż postarzoną przez troski, wygląda jak blady cień samego siebie sprzed lat. Tutaj następuje sentymentalny dialog o tym, kim kiedyś byli w Operze, po czym Raoul, najwyraźniej obrawszy strategię ponownego uwiedzenia i przekonania poprzez obudzenie wspomnień, nalega, żeby natychmiast wyjechali, oczywiście słowem nie wspomniawszy o zakładzie. Christine ze zrozumiałych powodów się waha, nie rozumie, nie chce się zgodzić, bo przecież obiecała, podpisała kontrakt, potrzebne im są pieniądze i tak się zwyczajnie nie robi (otóż to, Raoul). Jednak w końcu po naleganiach męża mówi, że to przemyśli, a kiedy Raoul wychodzi, siada przed lustrem i po długich bojach z samą sobą zrywa kolczyki, zaczyna zmywać makijaż…
Wtedy drzwi się otwierają, scenę wypełnia mgła (no właśnie, wielki tort dla tego, kto mi powie, czemu każdemu wejściu Upiora na scenę towarzyszyła w tym spektaklu mgła – czyżby nosił gdzieś pod płaszczem jakąś maszynę wytwarzającą dym? XD), wkracza Upiór i zaczyna mącić jej w głowie, wmawiając, że Raoul i jego miłość jej nie wystarcza, że ona jest stworzona do czegoś więcej, że musi się na nowo oddać stłamszonej muzyce i tak dalej – jednocześnie zapinając jej na szyi kolię. To naprawdę bardzo ładna kolia. Jej migotanie oślepiło nas nawet na naszym balkonie. Wolałabym jednak, żeby tego nie robił, bo Christine, która poddawała się jego czynom i słowom bez najmniejszego słowa i z wyrazem twarzy bezwolnego cielaka, sprawiała przez to wrażenie, że on ją tą kolią i pięknymi słowami po prostu przekupił. Ramin po raz kolejny powala nas swoim wokalem, śpiewając jeszcze jedną repryzę „Till I hear you sing,” tym razem o tym, że za chwilę zacznie się przedstawienie, i znika, pozostawiając totalnie zakręconą już Kryśkę samą sobie. Do garderoby puka inspicjent i mówi, że już czas, na co biedna kobieta śpiewa… „Twisted every way,” chociaż tylko parę wersów, głównie leci instrumentalna melodia. Końcową partię „Christine, Christine, don’t think that I don’t care” śpiewa głos Raoula, „But every thought and every prayer rests on you now” dodaje Upiór. Christine pozwala, żeby biały szlafrok zsunął się z jej ramion, wstaje, jej garderoba odjeżdża na obrotówce, a ona sama staje na środku sceny, tyłem do widzów. Nie skomentuję tego, że znowu kazano jej podjąć decyzję w walce dwóch samców i wymaga się od niej poświęcenia, nie wytłumaczywszy niczego, to już jest poniżej wszelkiego komentarza…

Repryza „Devil take the hindmost” w kwartecie, jaka potem następuje, zrobiona jest bardzo ciekawie z punktu widzenia ustawienia. Na początku widzimy Gustave’a, który wdrapał się na drabinkę na przedzie sceny (że bez wyraźnego celu, to już pomińmy) i zaczyna eterycznie wokalizować, a w międzyczasie z obu stron Christine wjechały drewniane belki z powodzeniem udające kulisy, przy których z obu stron ustawili się naprzeciw siebie Mr Y i Raoul, chwytając Christine w pułapkę między nimi oboma. Symbolizm aż nazbyt oczywisty, ale wyglądało to ciekawie i sama piosenka była chyba najlepiej zainscenizowaną sceną spektaklu. Scena zaczyna się obracać, dzięki czemu widzimy to Raoula, to Erika, a na ich tle Christine czekającą na wejście na scenę i ciągle bijącą się z myślami – zaśpiewać czy uciec w ostatniej chwili? Dochodzi do tego jeszcze Madame Giry, która gdyba, że może Christine straci głos, może nie zaśpiewa, może to, może tamto. Wokalnie, muzycznie i inscenizacyjnie ten moment naprawdę robił wrażenie – wszyscy brzmieli niebiańsko, melodia świetna, orkiestra wprowadziła skutecznie nastrój napięcia i rosnącej dramaturgii… Jak zwykle, wszystko niszczy tekst, który – tak, zgadliście, banał na banale i banałem pogania. *wzdech*. Szkoda, naprawdę szkoda, a mógł to być taki fajny materiał, bo muzycznie to miód na uszy…! Piosenkę kończy Meg, która pod koniec podchodzi do Gustave’a, namawia go do zejścia z drabiny i prowadzi ze sobą, a przed zejściem ogląda się przez ramię i śpiewa cicho ostatnie „Devil take the hindmost.”

Potem następuje piosenka tytułowa, czyli ta w domyśle wstrząsająca aria, którą Upiór miał napisać w takim natchnieniu specjalnie dla Christine. Kiedy słuchałam tego wcześniej na albumie, „Love Never Dies” nie zrobiło na mnie specjalnego wrażenia, wydało się wręcz nudnawe, ale na żywo, w absolutnie przecudownym wykonaniu Sierry, wgniotło mnie w fotel samą potęgą jej wokalu, który wydobył z melodii to, co najpiękniejsze, zwłaszcza pod koniec zalewając nas falą triumfującego, anielskiego sopranu. Tekst tej piosenki jaki jest, każdy widzi – nie chce mi się już nawet pisać, że banał, bo cała „aria” składa się ze sztampowych, wytartych frazesów nie znaczących absolutnie nic, tym bardziej w kontekście przedstawienia, ale okraszonych melodią, która w wykonaniu Sierry stała się piękna. Słuchając jej wykonującej ten utwór na żywo, czułam się naprawdę uprzywilejowana, jak to zresztą miało miejsce w przypadku większości ważniejszych numerów solowych i duetów w tym przedstawieniu – choćby dla tego pięknego doznania estetycznego, jakim było słuchanie tych wokalistów, warto było… I byłoby chyba lepiej, gdyby twórcy nie próbowali na siłę wbudować w ten łańcuch banału znaczenia, ale niestety postanowili pokazać nam głębię i dramat, cóż. Sytuacja mianowicie prezentuje się tak: na początku piosenki Christine odwraca się do widzów i zaczyna cichutko śpiewać, jakby ciągle jeszcze zastanawiając się, czy nie uciec. Dwóch mężczyzn jej życia obserwuje ją z kulis, a ona odwraca się do Raoula i zaczyna śpiewać jak gdyby do niego – być może chciała wykorzystać słowa piosenki, żeby pokazać mu, że nawet, jeśli śpiewa, nic to nie znaczy i że odpłyną, jak tylko skończy się utwór? Może, ale nawet jeśli, to Raoul nie zrozumiał jej intencji i po chwili odszedł, pokonany i przekonany zapewne, że Christine wybrała jego rywala. Erik też się oddalił i Kryśka patrzyła to za jednym, to za drugim, nie mogąc zrozumieć, ale po chwili uznała zapewne, że kochał ich pies i to jest jej moment, wobec tego poświęciła się w całości piosence. Nie no, to było piękne. Wspomnienie momentu kulminacyjnego i triumfalnego, niebiańskiego głosu Sierry do tej pory wywołuje we mnie ciarki.

Potem, po skończonej piosence, nastąpił moment, który bardzo mi się spodobał, mianowicie Christine, wciąż upojona muzyką, na chwilę chyba odkryła w sobie na nowo artystkę i dawną siebie. Na powrót w swojej garderobie, kiedy Erik zachwyca się jej występem, ona aż się słania na nogach, w oczach bije jej blask radości i natchnienia, a na twarzy maluje się uniesienie, upojenie. Garderobiana pomaga jej przebrać się w zwykłą suknię, a ona wciąż ma w uszach oklaski widowni i muzykę, jej dusza ciągle wzlatuje w górę z głosem, któremu dopiero co na powrót pozwoliła popłynąć wolno i bez wstrzymywania się – słowem, odzywa się w niej echo tego wszystkiego, co zostawiła za plecami, a za czym – teraz to widzi – ciągle tęskniła. Jeden, krótki moment, który mija bardzo szybko, ale muszę to Sierrze przyznać, zachwyciła mnie tym małym odruchem artystycznego przebudzenia. Brawa dla tej pani.

Niestety, nie pozwolono długo Christine pozostać tylko i wyłącznie Christine, bo chwilę później zostaje znowu wepchnięta w rolę żony, której główny cel to zajmowanie się mężczyznami; dostaje bowiem list od Raoula, który pisze do niej „Mała Lotto” i znowu wspomina tamte sentymentalne, dawne dni, po czym żegna się z nią bez właściwie żadnych wyjaśnień i oświadcza, że odchodzi. Dodaje do listu czerwoną różę (po raz drugi: teh hell?!). I nie ma go, tak po prostu znika, twórcy pozbyli się w ten sposób piątego koła u wozu, a Christine przybiera tylko melancholijny wyraz twarzy i tuli list do piersi, nie przejawiając żadnego zaskoczenia, gniewu, jakichkolwiek bardziej gwałtownych emocji pozostawionej bez powodu żony. A Upiór stoi i patrzy, również ze stoickim spokojem (jak zresztą przez większą część spektaklu). Potem Christine przypomina sobie, że jest nie tylko żoną, ale również matką, i nagle wpada w panikę, że nigdzie nie ma Gustave’a, a przecież powinien tu być po występie! Erik natychmiast dochodzi do wniosku, że to „ten idiota Raoul” zabrał syna, ale jeden z przybocznych dziwolągów oświadcza, że widział wicehrabiego, jak wsiadał do karety całkiem sam. Podejrzenie pada zatem na Madame Giry, która jest zaszokowana podobnymi zarzutami i jednocześnie bardzo roztrzęsiona. W tym momencie któraś z chórzystek uprzejmie doniosła, że widziała Meg z jakimś małym chłopcem wychodzących z teatru, i w ten sposób zbliżamy się do wielkiego finału…

Phantasma jest olbrzymia, nie wiadomo, gdzie zacząć szukać, i tak nasza dzielna ekipa ratownicza błąka się wśród połykaczy ognia i rozbawionego tłumu (bardzo fajnie zrobione). W końcu Madame Giry woła: na molo! I cała drużyna biegnie na molo akurat w chwili, kiedy mały Gustave płacze, że nie umie pływać i że chce do mamy, a Meg szepcze, że spokojnie, już prawie koniec, szykując się do wepchnięcia chłopca do morza (Dracze: …. *headdesk*). Trzeba oddać sprawiedliwość Summer, bo zrobiła, co mogła, żeby jej postać pozostała wiarygodna, i patrząc na materiał, z którym musiała się zmagać, zagrała cały spektakl z finałem włącznie naprawdę świetnie.

Jeśli idzie o finały, ten był chyba najnudniejszym w historii musicalu od czasu „Draculi” z Graz. Aktorzy naprawdę robili, co mogli, ale z tego scenariusza i niekończącej się muzyki naprawdę nie da się zrobić nic, co by nie przypominało melodramatu (i znowu soap operas się kłaniają). Meg wymachuje pistoletem, krzycząc na Pana Y, że jej w ogóle nie zauważa, po czym do melodii „Bathing Beauty” zaczyna łamiącym się głosem zwierzać się, że pomagała Upiorowi cały ten czas, idąc do łóżka z kimkolwiek, kto mógł im wyświadczyć jakąś przysługę, dzięki czemu mogła powstać Phantasma, i nie dostała za to absolutnie nic, żadnego ciepłego słowa od Szefa. W obliczu tych zarzutów Upiór zmienił się w… terapeutę. „Give me the gun, Meg,” śpiewa uspokajająco, „Give me the pain and the hurt and the gun, Meg.” Zaprawdę powiadam wam, psychoterapeuci byliby z niego dumni, gdyby nie coś, co spowodowało, że jęknęłam niemalże na cały głos – kiedy Meg już się uspokaja i przestaje przystawiać sobie pistolet do głowy, Upiór podchodzi do niej, przytula ją, śpiewając uspokajająco, że to jego wina, że powinien był bardziej o nią dbać, że diament nie zabłyśnie, jeśli się go odpowiednio nie oprawi, a potem wyskakuje z tekstem: „We can’t all be like Christine.” WHAT. THE. FUCK. ERIK?! Czy on to naprawdę powiedział? Czy ktoś naprawdę może być tak durny, żeby palnąć takie coś dziewczynie gotowej się zabić? Czy ja mam omamy słuchowe?! Dałby Bóg, że tak, ale niestety Meg też to usłyszała, więc wpadła w całkowicie uzasadnioną furię, że ciągle tylko Christine, Christine…! Niestety, nie jest wskazane wpadanie w furię, gdy trzyma się w ręku naładowany pistolet. BUM!, wystrzał, wszyscy w szoku, Christine osuwa się na kolana…

Chciałabym napisać, że Upiór się przejął. Że śmierć kobiety, którą kochał do takiego szaleństwa, zrobiła na nim jakieś większe wrażenie. Niestety brzydko jest kłamać, więc mogę napisać jedynie, że owszem, podbiegł, wziął w ramiona, przytulił i zrobił przygnębioną minę, ale niewiele poza tym. Christine zresztą nie spieszyła się z umieraniem, bo musiała przecież wypełnić ostatnie zadanie, mianowicie powiedzieć Gustavowi, kto jest jego prawdziwym ojcem. Spełniwszy tę rolę, najwyraźniej nie była już nikomu do niczego potrzebna, i poprosiła tylko Upiora, żeby przytrzymał ją bliżej, jeszcze bliżej, pocałował, i posłusznie wydała ostatnie tchnienie, usuwając się z drogi. Podejrzewam, że musiała zostać w ten sposób ukarana, żeby mieszczańskiej moralności stało się zadość – dopuściła się przecież cudzołóstwa, gdyby przeżyła i pozwolono jej na hepi end z Upiorem i synem przy boku, można by to jeszcze odczytać jako pochwałę „puszczania się.” Zresztą, jaki hepi end, skoro między nimi nie ma już bardzo wyraźnie żadnego uczucia poza sentymentem? A może to był ostatni akt zemsty Lorda Webbera, który zabijając tę bohaterkę, raz na zawsze chciał rozliczyć się z przeszłością. Nie wiem. W każdym razie Christine oddaje ducha Bogu, Erik roni nad nią symboliczną pojedynczą łzę, po czym wstaje, a przy zwłokach klęka roztrzęsiona Meg (jej matka gdzieś się w międzyczasie zmyła), która bierze ciało przyjaciółki w ramiona i zaczyna się z nim kołysać i szlochać. Wtedy Upiór zdjął swoją marynarkę i oddał Meg w celu bliżej nieokreślonym, być może żeby Meg sama się nim okryła (bo kanoniczny Upiór oddałby swoją marynarkę morderczyni Christine) lub żeby okryła nią zwłoki Christine – Summer była chyba zbyt zażenowana, żeby zrobić którąś z wyżej wymienionych rzeczy, więc zamiast tego zwinęła marynarkę i zrobiła z niej poduszkę dla trupa. … . [tu wstaw konstruktywny komentarz]

Ale, ale, mili państwo, to jeszcze nie koniec! Upiór bowiem podchodzi do Gustave’a, który stoi przez ten czas z boku (Gustave był jedynym, który poprzez rozpaczliwy wrzask pokazał jakąś reakcję na śmierć matki) i klęka przed nim, po czym następuje scena, która zapewne miała nas wzruszyć, a sprawiła, że wściekły zgrzyt moich zębów powinien być słyszany w całym audytorium: po mniej więcej wiekach wahania się, Upiór zdejmuje maskę przed chłopcem, a ten dzielnie dotyka jego zniekształconej twarzy. To ma zapewne oznaczać nowy początek dla tej dwójki i rozkosze ojcostwa, które czekają Erika. Pal sześć, że trup Christine nie zdążył jeszcze wystygnąć, oni już czują promienie słońca Nowego Świata, nowej nadziei!
… Dopiero wtedy pozwala nam się iść do domów. I trząść się w obawie, żeby Webberowi nie strzeliło do głowy zakończyć tego trylogią i w trzeciej części zobrazować rozkoszne wspólne życie ojca i syna, z Meg tym razem zazdrosną nie o przyjaciółkę, ale o jej dziecko (nie zginęła, można jej jeszcze użyć). I chyba wszyscy już zdążyli zapomnieć po tym wszystkim, że w prologu to Madame Giry jest oskarżana o zrujnowanie Phantasmy, podczas gdy biedna kobieta nie zrobiła tu absolutnie nic – ale znowu wymagam od twórców logiki. To pokazuje, że ludzie jednak nie uczą się na błędach.

No dobrze. Wiecie już, jak to wszystko wygląda. Każdy z was ma już zapewne wyrobione własne zdanie na temat LND i to, co tu przeczytaliście, być może je potwierdziło. Przyszedł zatem czas na moje osobiste podsumowanie tego, co widziałam w Adelphi, i to podsumowanie jest chyba najtrudniejszym elementem tej recenzji. Czy było to głupie? Nad wyraz. Czy miało jakiś sens? Absolutnie żadnego. Czy bezcześciło piękną historię, wypaczając jej znaczenie, a z jej bohaterów robiąc dziwne hybrydy, które wspólne mają tylko imiona? Jak najbardziej, i to do tego stopnia, że to wręcz bolało. Czy obraża zdrowy rozsądek? Prawie w każdej scenie. Czy była tu jakaś dramaturgia, napięcie, emocje? Śladowe i ledwo w paru numerach. Czy była fabuła? Tylko jej konające szczątki. Czy zatem poszłabym jeszcze raz? Tak, i to nawet w tej chwili. Bo była też piękna muzyka, naprawdę dobra scenografia i piękne animacje (nawet, jeśli niekiedy z nimi przesadzali), imponujące efekty specjalne i niekiedy specyficzna, pokręcona, groteskowo-surrealno-oniryczna atmosfera cyrku z nieokiełznanych, dzikich snów, towarzyszących Phantasmie, która mi się w pewien perwersyjny sposób bardzo podobała. Wizualnie ten spektakl był naprawdę piękny, pod niemal każdym względem, nawet, jeśli nieraz było to piękno dosyć pokręcone. No i przede wszystkim byli artyści, którzy zasługują na szacunek za swoją pracę i za to, że dzięki nim nie wybiegłam z krzykiem po pierwszych paru scenach. Ramin Karimloo może nie miał wiele do roboty pod względem aktorskim, ale prezentował się dobrze, a śpiewał tak, że ochmójboru, jeszcze, JESZCZE! Była fantastyczna Sierra, której głosu nie mogę się nachwalić, świetni Summer i Joseph, świetne cyrkowe trio, świetny Gustave, świetna Madame Giry, świetny zespół, świetna orkiestra. Ze względu na to wszystko poszłabym jeszcze raz, i może nawet jeszcze, bo jest w tym wszystkim coś, co pozostawia niedosyt. Gdyby tak zapomnieć o historii i o tym, kim są bohaterowie… Ale zapomnieć się nie da, jak paraduje przed wami facet w masce na pół twarzy. Po prostu się nie da. W efekcie mamy kupę świetnego materiału, który, użyty w niezależnej produkcji, owszem, trąciłby melodramatem, ale mógłby być całkiem niezłym spektaklem i obronić się naprawdę dobrą partyturą i pomysłem, który mógłby zadziałać, jeśli oderwać od niego słowo „Upiór.”

No właśnie, a gdzie w tym wszystkim jest Upiór? Nie ma go. Nie ma po nim nawet śladu, tylko słabe echo. Anioła Muzyki zastąpił ktoś, kto nie wyraża absolutnie żadnych emocji przy spotkaniach z Christine, za którą rzekomo tak tęsknił, i w ogóle w spektaklu przypomina tylko figurę, której jedynym celem jest fanservice. Gdyby go tam nie było, widz pewnie by nawet nie zauważył, bo Upiór w tym spektaklu robi tak mało konstruktywnych rzeczy, że gdyby był grany przez kogoś mniej charyzmatycznego, niż Ramin, w ogóle nie byłoby go widać. Pomijam już oczywisty fakt, że to w ogóle nie jest Upiór, że odarty całkowicie z tajemnicy, grozy, pasji, sztuki - on w tym spektaklu wydaje się wręcz niepotrzebny. Teraz myślę nawet, że przejął rolę, którą w oryginale miała Christine, stając się obiektem obsesji, biernym symbolem. To już nie jest artysta, który żył muzyką i miłością poza ładem społeczeństwa – to konformista, którego mroczne instynkty i szaleńcza pasja stępiały pod nożem społeczeństwa, i który teraz zarabia, pisząc tanie wodewilowe kawałki w stylu *splunięcie* „Bathing Beauty.” Czytałam w którejś recenzji, że to dobitna alegoria samego Webbera, i osobiście widzę sporo sensu w tej interpretacji. Wolę wierzyć, że dla ALW była to swoista terapia, rozliczenie się z arcydziełem, które traktował bardzo osobiście, oraz z bohaterem, z którym być może się utożsamiał, a także z własną przeszłością i miłością. Tak, widać tu podobieństwo i chociaż jest to szalenie smutna i gorzka refleksja, wolę wierzyć w to, że jest to akt frustracji i krzyk niespełnionego artysty, którego ambicje pozostały niespełnione, niż w fakt, że LND powstało tylko i wyłącznie dla pieniędzy.

Pozostaje tu jednak pytanie, na ile „Upiór” należy na tym etapie do Webbera, a na ile do jego publiczności. Nie ukrywajmy, że ten musical stał się bardziej ikoniczny, niż sama książka, i stał się niezwykle silną częścią kanonu, niejako ulepszeniem historii Lerouxa. Ten spektakl kochany jest przez tysiące. Czy rzeczywiście Webber może robić ze swoim bohaterem, co chce, bo to on go napisał? Na tym etapie myślę, że nie. Wydaje mi się, że teraz Upiór jest własnością nie tyle twórcy, co zbiorowej świadomości, i ALW nie może nie liczyć się z tym, jak publiczność zareaguje na taki zamach na ich ukochaną opowieść.

Spotkałam się z próbami logicznego bronienia LND – że skoro minęło 10 lat, to ci bohaterowie nie mają prawa pozostać tacy sami, że ludzie się zmieniają i z tego punktu widzenia, akcja LND jest tak samo prawdopodobna, jak każdy inny scenariusz. Być może i nie ulega wątpliwości, że gdyby pociągnąć to dalej, można by to jakoś konstruktywnie obronić. Ale pozostaje podstawowe pytanie: czy to w ogóle było potrzebne? Absolutnie nie, i to jest główna obiekcja wobec sequela, tego i jakiegokolwiek innego, który mógł powstać zamiast LND: oryginalny Upiór nie ma prawa mieć żadnej kontynuacji. Próby uczłowieczenia tych bohaterów całkowicie mijają się z celem – to tak, jakby próbowało się uczłowieczyć Śnieżkę czy wprowadzić realizm do Śpiącej Królewny. „Upiór” w wersji oryginalnej jest baśnią: mroczną, tragiczną, zdecydowanie przesadzoną, barokową w bogactwie uczuć baśnią, i właśnie dlatego tak silnie działa na wyobraźnię widza. Tragedia przyciąga, cierpienie przyciąga, a twórcy bardzo świadomie na tym polegają, celowo kreując tę historię tak, by widz był po stronie Upiora, a po wyjściu z teatru czuł ogromny niedosyt i wściekłość, że „Jak ona mogła wybrać tego lalusia?!” Między innymi ten niedosyt, wraz z wyższym natężeniem rzeczywistości zabierającym nas w nierealną, ale piękną historię, stanowi o sile oryginału. Tu polega się na symbolach, a gdzie są symbole, nie może być mowy o wiarygodności psychologicznej. Jakiekolwiek inne zakończenie tej historii po prostu nie ma prawa nastąpić, bo to tragedia tej trójki sprawia, że „Upiór” jest tym, czym jest. Mogą powstać miliony fanfików, ale to ich źródło i inspiracja pozostaje tym, co pozostaje w świadomości, co działa, co inspiruje.
Tym bardziej, że w „Love never dies” nie ma miłości. Bajkowy tytuł dla usilnie uwspółcześnionej i „uwiarygodnionej” (przynajmniej w intencji twórców) historii zmusza mnie do przypuszczenia, że tytuł jest ironiczny, tym bardziej w połączeniu ze strzaskaną, zniszczoną twarzą lalki, straszącej nas z loga i zapowiadającej już na samym wstępie, że miłość jednak umiera. Między Christine i Upiorem nie ma już miłości, między Christine i Raoulem nie ma po niej nawet śladu, między Meg a Upiorem jest tylko jednostronna, fangirlowa obsesja (i to całkowicie nieuzasadniona niczym, co miało miejsce w musicalu czy w książce), i wszystko kręci się tylko wokół dziecka. Nie, ja nie akceptuję takiego rozwiązania, nie akceptuję uczłowieczenia bohaterów będących symbolami, ikonami, baśniowymi równie mocno, jak Piękna i Bestia. To nie działa, bo nie ma prawda działać. Pozostaje tylko pusty śmiech, bo gdybym się nie śmiała, musiałabym się rozpłakać i rozwalić wszystkie meble dookoła...

Na koniec podzielę się z wami pewną anegdotką, którą opowiedziała nam Mara, nasza towarzyszka i sponsor w Londynie, a która rzuca nieco światła na kulisy powstawania LND:

Jeden z pokazów przedpremierowych. Mara na publiczności. Ramin na scenie mruczy, że Gustave ma tylko 8 lat (tyle miał w początkowym założeniu).
Ktoś na Widowni: Zaraz, zaraz. Przecież minęło 10 lat, nie? To znaczy, że Christine była w ciąży przez dwa lata...
All: ...
ALW: ... Mały ma 10 lat!


I tyle ode mnie. Sami wyciągnijcie wnioski.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Kuncyfuna
Admin (KMTM)


Dołączył: 08 Mar 2008
Posty: 6841
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: ...z prowincji.

PostWysłany: Śro 17:31, 25 Sie 2010    Temat postu:

Dzięki Ci wielkie, Dracze, Bogini! Smile))

Nie będę komentować całości, bo...nie... Nie warto chyba zbytnio... Chciałam się skupić na tym:

Cytat:
I chyba wszyscy już zdążyli zapomnieć po tym wszystkim, że w prologu to Madame Giry jest oskarżana o zrujnowanie Phantasmy, podczas gdy biedna kobieta nie zrobiła tu absolutnie nic – ale znowu wymagam od twórców logiki.


Hmm... ja to zrozumiałam w ten sposób, że Madame Giry sama nakręcając się przeciw Upiorowi i Christine, nakręcała Meg. Czyli mamy tu do czynienia z pewnego rodzaju łańcuchem. M-me przez lata mówiła pod nosem, jak to one wiele zrobiły dla Upiora, że on tego nie docenia, że gdyby nie Christine, to by docenił... Meg - słysząc takie rzeczy przez 10 lat po 15 razy dziennie - zaczyna w to wierzyć i sama zaczyna tak uważać. Więc dochodzi do wniosku, że trzeba się zemścić, porywa Gustava i dalej już wiemy co się dzieje. I tym sposobem podstawowym winowajcą* teoretycznie jest M-me Giry, która zapoczątkowała to wszystko. Tak, wiem, z logiką to ma wspólnego tyle, co całe LND z Upiorem, ale patrząc na Logikę, którą posługiwali się twórcy...Hm.

*winowajcą, tak, ale czego? Sposobu myślenia Meg, jej podejścia do Christine i żądzy zemsty. Ok. Ale upadku Phantasmy...? Już pomijając wszystko inne... dlaczego niby Phantasma upadła...? Przez śmierć Christine? Przez 10 lat sobie normalnie działała bez niej, więc teraz by nie mogła...? Niee, to nie pasuje. Roztrząsając tę fascynującą kwestię dalej... Eryk (matko, jak to imię mi nie pasuje do tej produkcji, no ale zakładając, że khekhym... noo... ten) nie przejął się zbytnio jej śmiercią, więc nie dopuszczam opcji, że śmierć Ukochanej załamała go psychicznie i nie był w stanie bawić się w dyrektorka... Więc, wykluczając załamanie psychiczne Upiora i śmierć Christine, pozostaje tylko jedno: rozumiem, że Upiór w 100% oddał się godnemu wychowaniu syna? Ekhm, ok. Ale w takim wypadku winowajcy nie ma (nie dopuszczam opcji, że Madame Giry potem zrobiła coś, co będzie w trzeciej części!). ...no chyba, że instynkt tacierzyński Upiora.
No i kolejna kwestia... nie bardzo widzę, skąd bierze się obsesja Meg na punkcie Upiora... ale rozumiem, że to wynik działań obojga w ciągu tych 10 lat, mających miejsce między Upiorem a LND, czyli... mamy już materiał na prequel LND, czyli kolejną (czwartą) część Upiora. <ok>


Ostatnio zmieniony przez Kuncyfuna dnia Śro 17:44, 25 Sie 2010, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Draco Maleficium
Moderator (KMTM)


Dołączył: 08 Mar 2008
Posty: 4374
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Z Anatewki

PostWysłany: Śro 17:57, 25 Sie 2010    Temat postu:

W prologu jest mowa o tym, że wybuchł pożar, który zniszczył Phantasmę, po tym, jak "Pan uciekł z dzieckiem." Wobec tego jednak instynkt tacierzyński pokonał całą tę instytucję, chyba, że porównanie Madame Giry z panią Danvers jest bardziej uzasadnione i to ona wznieciła pożar... (no comments). Oczywiście nikt nie pofatygował się, żeby nam to jakoś wyjaśnić.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Kuncyfuna
Admin (KMTM)


Dołączył: 08 Mar 2008
Posty: 6841
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: ...z prowincji.

PostWysłany: Nie 10:29, 12 Wrz 2010    Temat postu:

Twitter Ramina Karimloo:

Cytat:
"I guess it's safe to say that I'll be in LND London up until March. Then it's another project before Toronto later in the year then NY."

Cytat:
"Ok, Toronto and New York is for Love Never Dies. As it stands now. Before that, album work, band work, and beard work."


...czyli wygląda na to, że jednak premiera LND na B-wayu się odbędzie. No i z tego, co można przeczytać tu i w innych wpisach, tam też będzie grał Ramin... więc nasuwa się pytanie kto będzie grał w tym czasie w Londynie, o ile w ogóle będą grać...
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Mateuo
KMTM


Dołączył: 16 Mar 2008
Posty: 2853
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Ustka/Słupsk

PostWysłany: Nie 11:16, 12 Wrz 2010    Temat postu:

Może Damian Aleksander, hihihi?
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum www.teatrmuzycznywgdyni.fora.pl Strona Główna -> Musicale Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3, 4  Następny
Strona 2 z 4

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2002 phpBB Group, Theme by GhostNr1